|
|
|
Encoders are Us
visitor number |
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
Strona dla wielbicieli PRL-owskiej Powiesci Milicyjnej. Posiadam ponad 100 przeczytanych juz Powiesci Milicyjnych, ( lista na zielonym pasku po prawej stronie, zdjecia 84 stron tytulowych tutaj), i za posrednictwem tej strony chcialbym znalezc partnerow z Kanady i USA do wymiany takich ksiazek. Jesli masz przeczytane juz kryminaly jak opisane ponizej, zamien sie ze mna, albo mi je odsprzedaj! Nazywam sie Josef R. Mankowski. Mieszkam w London, ON, Canada, a moja firma ma filie w Port Huron, MI, USA. Tak ze przesylki nie beda musialy byc wysylane za granice, ani z Kanady, ani z USA. Napisz na breslau@rogers.com . Wszystkie moje rodzime kryminaly dostalem w przeciagu ostatnich kilku lat od bardzo milej Pani Ewy z Wroclawia. Tak naprawde to dzieki Pani Ewie zostalem milosnikiem Powiesci Milicyjnej, i jestem Jej za to bardzo wdzieczny.. Na zdjeciu ponizej Pani Ewa, ja (po lewej, w czapce) i nasz berlinski kolega w Berlinie, pozna jesien 2007.
Powiesc Milicyjna, czyli Rodzimy Kryminal z perspektywy emigranta: Po 36 latach od chwili opuszczenia PRLu odkrylem nagle, ze nic nie ma dla mnie wiekszego uroku, niz stary dobry polski kryminal z lat 60tych, i 70tych. Ale nie kazdy. Joe Alex mnie nie interesuje. Akcja musi rozgrywac sie w Polsce, i przestepstwa tez musza byc klasycznie socjalistyczne, jak nielegalna produkcja albo przywozenie z zagranicy powszechnie poszukiwanych artykulow, redystrybucja materialow budowlanych na wlasna reke, albo kradziez dziel sztuki.. Ale najlepsze przestepstwo z punktu widzenia interesujacej powiesci to sprzedawanie (za zielone, oczywiscie..) wynalazkow, wykradanych z panstwowych instytutow naukowych. Ktos z tych powodow ginie, i sprawa sie zaczyna.
Przy okazji - interesujaca obserwacja dla tych, co opuscili PRL, bo mieli go sedecznie dosyc: Jedno jest pewne - nic nie oddaje tak doskonale klimatu lat PRLu jak powiesc milicyjna. Czas leci nieublaganie, i powoli zaczynamy zapominac, jak to naprawde w PRLu bylo, a nawet gorzej, czasy te powoli nabieraja powabnej patyny zycia prostego, milego, moze przasnego, ale za to jakby bardziej sprawiedliwego i godnego niz dzisiaj. Czytajac Powiesc Milicyjna cala ta uluda pryska. Nagle znowu wiemy, dlaczego WTEDY wyjechalismy.. Bo dzisiaj to juz nie to.. Inna Polska, inna rzeczywistosc.. Choc... moze nie tak calkiem, przynajmniej dla mnie.. Komunistyczna Polska pozbawila mnie obywatelstwa, demokratyczna Polska wcale sie nie kwapi, by mi je oddac.. Ale to ju moja prywatna sprawa. CHIWD. Czego tu nie chcemy: Nie ma tu miejsca dla Joe Alexa z jego swiatowymi przestepcami szalejacymi po Rivierach, Paryzach i Londynach. Czego poszukujemy: Ksiazek z Ulubionych Postaciami z krajowego repertuaru, jak ponizej: - Oficer Dochodzeniowy; zazwyczaj Kapitan; najczesciej wlasnie wybiera sie na zasluzony urlop, ale niestety, pozno w nocy dzwoni telefon, i nasz Kapitan musi zrezygnowac z urlopu i podjac dochodzenie. Inteligentny i przystojny, posiada wyksztalcenie universyteckie, robi nieodparte wrazenie na kobietach. Pali papierosy, i zawsze czestuje nimi podejrzanych. Ma nosa. - Oficer Pomocniczy; zazwyczaj Porucznik; skwapliwy, zachowanie wskazuje na wiejskie pochodzenie, rumieni sie czesto i bez powodu. Nie ma nosa, ale jest bardzo dokladny i pracowity. - Szef; surowy, ale sprawiedliwy, mowi podwladnym na "ty", prywatnie jest na stopie przyjacielskiej z Oficerem Dochodzeniowym. Popularnie znany jako "Stary". Byl w Ludowej Partyzantce. - Przestepca gospodarczy; kradnie armature lazienkowa z placu budowy, albo nielegalnie produkuje majonez, lub przetwory owocowe, posiada Zielone. Marnie konczy. - Przestepca polityczny; inzynier albo naukowiec na kluczowym stanowisku, wyjezdza do Niemiec Zachodnich (tak, byl kiedys taki kraj..) i wpada w sieci agentow CIA, Gehlena, albo obu organizacji na raz, Wraca do kraju, donosi wrogowi o tajemnicach gospodarczych i wojskowych, dostaje duzo Zielonych, (Conajmniej $100, niekiedy nawet wiecej za informacje nadzwyczajnej wagi..) Marnie konczy. - Mlode Kobiety; piekne, ubrane gustownie w Pewexie, dziennikarki, rzezbiarki, malarki, rzadziej ze swiata medycyny. Posiadaja kawalerki umeblowane tez gustownie w nowoczesne mebelki z Desy, zawsze czestuja Oficera Dochodzeniowego kawa albo MOCNA herbata, sardynkami, i koniakiem.. Zapalaja papierosa zanim cos powiedza. Jesli sa ubrane krzykliwie w Pewexie, to sa to niestety kobiety z przeszloscia, trudniace sie prostytucja, ale tylko w najdrozszych lokalach, za dewizy. - Dojrzale Kobiety; doktorowe, mecenasowe, eleganckie, przebiegle, tez piekne, albo przynajmniej ciagle noszace slady Minionej Pieknosci, jesli sa naprawde stare, czyli po 40tce.. Mieszkaja w willach. - Kobiety inne; zazwyczaj sasiadki podejrzanych, gadatliwe plotkary, raczej szpetne i grube, w poplamionych sukienkach produkcji krajowej.. Oficer Dochodzeniowy dowiaduje sie od nich wszystkiego, czasem nawet wiecej, ale jest zniesmaczony ich marna aparycja i gadulstwem. - Robotnicy; prostolinijni, pracowici mezczyzni, na ktorych ich ojcowie, tez robotnicy, nie zalowali pasa i przez to oni wyszli na ludzi. Uwaga: w powiesciach z czasow schylkowego Gierka robotnicy sa rozgoryczeni i wyznaja, choc niechetnie, ze zle sie dzieje w Polsce pod obecnym kierownictwem, bo sa tacy dzialacze spoleczni i partyjni, ktorzy sie bezkarnie bogaca, kradna i buduja wille z materialow przeznaczonych na osiedla dla tychze robotnikow. - Samochody - przestepcy posiadaja tylko zagraniczne, bardzo szybkie. Volvo cenione jest wyzej niz Mercedes. Milicjanci maja albo sluzbowe, albo w latach 70tych juz wlasne, wysluzone, choc ciagle dobre, tylko krajowe albo z Demoludow.
Literackie Szpargalki Gustawa Czerwinskiego. Ponizej cos fantastycznego - 32 krotkie, dowcipne i bardzo rzeczowe streszczenia popularnych powiesci milicyjnych. Napisal je Gustaw Czerwinski, i opublikowal w Gazecie Bezplatnej Echo - i z tamtad je skopiowalem. Tak, skopiowalem, albo nazywajac rzecz po imieniu, bestialsko i bezwstydnie podwedzilem. Przyznaje sie, and I'm proud of it.. Dlaczego skopiowalem, skoro mozna je zobaczyc w oryginale klikajac na powyzszy tytul? Otoz zdecydowalem sie na skopiowanie, poniewaz za nic bym nie chcial, zeby te prawdziwe perelki zginely bezpowrotnie dla potomnosci, gdy Bezplatna Gazeta odda ducha Panu, albo, co sie czesto zdarza z polskimi stronami internetowymi, link nagle zniknie bez sladu... Panie Gustawie! Nie wiem, kim Pan jest. Probowalem Pana zgooglowac - bez skutku. Probowalem skontaktowac sie z Panem przez skrzynke listowa Gazety Bezplatnej - tez bez skutku.. Mam nadzieje, ze wybaczy mi Pan ta kradziez, ale robie to niejako dla celow wyzszych.. Chcialbym tylko Panu powiedziec, ze tak naprawde to BARDZO bym chcial tak pisac jak Pan, ale nie potrafie. I nigdy nie bede.. Z powazaniem, Josef Robert Mankowski. Ten powyzszy list juz jest nieaktualny - Gustaw Czerwinski sie odnalazl, tak naprawde to jest pseudonim literacki, czyli odnalazl sie jako Grzegorz Cielecki.. i prowadzi Klub MORD ..
Wszystko ponizej jest napisane przez Gustawa Czerwinskiego..
Tylko zwiać na Tarchomin
W wielu polskich "kryminałach" z późnych lat 80. pojawiają się wątki egzystencjalne. Często są ważniejsze niż opis przestępstwa czy motywy działania bohaterów.
Tak jest na przykład w "Skoku" Andrzeja Strzelczyka. Akcja utworu została umiejscowiona na po-graniczu Białołęki i Targówka. Jeden z głównych bohaterów, noszący imię Rafał, nie potrafi cieszyć się z tego, co życie niesie ze sobą. Pewnie dlatego, że nie widzi specjalnych perspektyw na materialny rozwój. Marzy o dużej kasie. W przeciwnym wypadku ma przed sobą następujący wariant na przyszłe lata: "Wynajmę sobie pokój na mieście przy obcej rodzinie albo też kawalerkę na Tarchominie, skąd będę dwie godziny jechał na uczelnię i nadal brał pieniądze od starych." W pewnym sensie były to słowa prorocze. Nadmieniam, że utwór powstał w roku 1988. Na Tarchominie jest sporo mieszkań budowanych z myślą o wynajmie. Co się zaś tyczy skomunikowania tej części Białołęki ze Śródmieściem, to w godzinach szczytu rzeczywiście istna katastrofa. Wąskie gardło Modlińskiej zapchane i tylko marzenia o moście Północnym pozwalają złapać oddech. No, ale to teraz, a przed 18 laty było nieco inaczej. Póki co większość bohaterów "Skoku" mieszkała na Targówku. Wizja dzielnicy była iście apokaliptyczna. Oto jak widzi swoje ukochane osiedle inny bohater utworu: "Półkolem stoją wielkie szare bloczyska. Setki okien, tysiące ludzi. Po trzech latach dopiero zacząłem już z przystanku bezbłędnie rozróżniać swoje mieszkanie". Ten przynajmniej miał własne lokum i nie musiał tęsknym wzrokiem spoglądać w stronę Tarchomina. Pewnie nawet starał się patrzeć w innym kierunku, gdyż: "Betonowe klatki przez większość roku niedogrzane, latem parzą przy szeroko otwartych oknach, przez które - mimo, że to nie sezon ciepłowniczy - wchodzi smród i pył z elektrociepłowni Żerań". I jak tu nie myśleć o skoku, szybkim wzbogaceniu się i ucieczce do bogatej dzielnicy, choćby nawet tak bogatej jak Tarchomin. Po lekturze od razu ma się ochotę wyjść na spacer i spoglądać przed siebie daleko, daleko, hen za komin elektrociepłowni. Gustaw Czerwiński
Trabant kapitana Dlaczego padł trupem Kaczmarek? Co ukrywa Anna Seciak? Wreszcie, kogo wyłowiono z Wisły na wysokości Lasu Młocińskiego?
Na te skomplikowane pytania musi odpowiedzieć kapitan Olecki, prywatnie miłośnik śliwowicy i piłki nożnej, bohater kryminału "Off side" Macieja Bordowicza. Śledztwo jest bardzo pogmatwane. Nic się nie trzyma kupy i kapitan ma poważną zagwozdkę. Skoro bowiem Kaczmarek zginął we własnej willi, to zapewne musiał znać osobiście mordercę. Trudno natomiast znaleźć jakiś motyw wśród osób z otoczenia denata. Całe szczęście niebawem po zabójstwie mamy kraksę z udziałem naszego PRL-owskiego krążownika szos, czyli fiata 125p. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że za kierownicą siedział były rajdowiec. To budzi słuszne podejrzenia kapitana Oleckiego. Szuka związków miedzy wydarzeniami. Być może kapitanem powoduje tutaj podświadoma zazdrość. Stróż prawa jest bowiem dumnym posiadaczem trabanta. Oficjalnie uznaje, że wóz tej marki jest "najlepszym samochodem świata i okolic". Śledztwo ślimaczy się i powoli Czytelnik zaczyna być pewien, że dopiero ko-lejny trup przyczyni się do wyświetlenia, by tak rzecz, całej sprawy. I oto mamy intrygującą sytuację na Bielanach: "Brzeg Wisły gdzieś między Laskiem Bielańskim a Młocinami - zakrzewiony, płaski i odludny - jest idealnym miejscem dla wędkarzy. Nie tych zakapiorów wędkarskich, dla których dopiero boleń jest sprawą godną uwagi i którzy muszą od razu mieć na haczyk nadziane kilogramy ryby, ale takich niedzielnych, takich co im zaświergocze serce nawet na widok płotki mieszczącej się w dłoni". Od chwili, kiedy Bordowicz wydał "Off side" w legendarnej serii zeszytowej "Ewa wzywa 07..." minęło już 26 lat. Brzeg Wisły nie jest już tak odludny. Roi się tu od spacerowiczów oraz rowerzystów. Rodziny odbywają poobiednie przechadzki. Zapewne nikt dziś już nie wybrałby takiego miejsca na zbrodnię. Było to natomiast możliwe w PRL-owskim kryminale. Oczywiście finału nie wyjawię. Wspomnę tylko, że rozwiązania zagadki należy szukać w dość odległej przeszłości. Zainteresowanym radzę oddać się lekturze. Gustaw Czerwiński
Poleciała na fiata 125p W serii "Ewa wzywa 07" ukazało się w ciągu 30 lat 146 mrożących krew w żyłach opowieści. Nie raz i nie dwa można natrafić w nich na intrygę rozgrywającą się częściowo na Bródnie.
Aż na ulicę Odrowąża musi zapuścić się kapitan Korcz z utworu Krystyna Ziemskiego "Uśmiech fortuny" (1976 rok). Korcz prowadzi sprawę po-zornie nie związanych ze sobą dwóch morderstw. Najpierw zostaje znaleziony w Kampinosie powie-szony na drzewie mężczyzna, a następnie dla od-miany w ręce organów ścigania wpadają zwłoki kobiety, owinięte w dywan nabyty w Mławie. I właśnie w tym momencie Korcz musi jechać na Bródno. Ciało kobiety odkopano bowiem w trakcie prac budowlanych w Ursusie, ale właściciel sprzedanej tam działki był mężczyzną zamieszkałym przy ul. Odrowąża 21. Piękne miejsce, tyle tylko, że budynek o takim adresie nigdy nie istniał, jest tworem wyobraźni Ziemskiego. Jak wiadomo na ul. Odrowąża po jednej stronie nie ma żadnej zabudowy, gdyż ciągnie się tu mur Cmentarza Bródnowskiego. Po drugiej zaś stronie mamy budynek handlowo biurowy z numerem 13 potem słynne kocie łby przecznicy, ul. Pożarowej. Dalej mieści się narożny budynek zespołu szkół zwanych potocznie Oksfordem. To już numer 75. Posesja 21 musiałaby być gdzieś pomiędzy. "Z komendy na Odrowąża jest kawał drogi. Korcz jest na miejscu około w pół do trzeciej". Jak widzimy Bródno przez wiele lat uchodziło za rejon Warszawy, gdzie diabeł mówi dobranoc. W książeczce jest mowa o usytuowanych tu nowych osiedlach. Wyobraźnia autora zapewne krążyła gdzieś w rejonach ul. Wysockiego, a to jeszcze dalej niż Odrowąża. W każdym razie dzielnemu milicjantowi udało się szczęśliwie dotrzeć na miejsce i przesłuchać niejakiego Jaguszkę. On jednak był niewinny. Winny był natomiast zupełnie kto inny, a mianowicie właściciel jasno-zielonego fiata 125p (personaliów rzecz jasna nie zdradzę). Nic dziwnego, że ten dobrze sytuowany materialnie i społecznie człowiek posunął się do zbrodni. Wszystko bowiem przez kobietę oraz wczasy, na których rozpoczął się prowadzący do najgorszego romans. Przeczytajmy tylko: "Mieszkał w domu wczasowym. On to był więc tym nadzianym facetem, który woził ją fiatem 125p". Nic dziwnego, że rozpoczęła się zażyłość, a potem to już gładko poszło. Nie bardzo tylko wiadomo, jak przestępca chciałby ukryć, że kobieta uchodząca za jego żonę jest zupełnie kimś innym. No cóż, Polska to spory kraj. Zawsze można uciec do Rzeszowa, Sopotu, Sochaczewa albo gdzie tam jeszcze. W starych polskich kryminałach tkwi wielki urok oraz niepohamowana siła komiczna. Zachęcam do lektury. Gustaw Czerwiński
Miastowe zdechlaki Jeden z mistrzów polskiej powieści kryminalnej doby PRL-u bardzo chętnie zapuszczał się na Pragę Północ, ale w utworze "Krzyżówka z Przekroju" nie zapomniał o Bielanach.
To tu właśnie podnajmuje pokój Wojciech Kalina tuż po wyjściu z pudła. Wszystko zaś za sprawą kumpla. "Krzyżówka z Przekroju" (1976, czytelnikow-ska seria z kluczykiem) to tak naprawdę plebejsko-przaśny romans z wątkiem sensacyjnym w tle. Wmieszany w przestępcze interesy prosty chłopak ze wsi musi odsiedzieć kilka lat. Po wyjściu Kalina nie ma co ze sobą począć. Spotyka przypadkowo starego kumpla na ulicy. Zaczęło się oczywiście od małej imprezy, ale potem trzeba się było rozejrzeć za jakimś noclegiem: "Pojechali na Bielany. Pokój Karalucha był rzeczywiście duży i wygodny. W każdym szczególe widać było dbałość gospodyni o lokatora. - Ma się powodzenie u kobiet - zaśmiał się Karaluch i znacząco przymrużył lewe oko. - Baba za mną szaleje. Mogę płacić albo nie". Rychło okazuje się, że pani domu nabiera ochoty także na Wojtka Kalinę, co jednak nie w smak chłopakowi, który cały czas marzy o pewnej Beacie, mimo że pośrednio była sprawczynią jego wyroku. Cóż jednak można poradzić na miłość, szczególnie jeżeli jest ślepa. Wojtek Kalina nie zdawał sobie sprawy, że krótki bielański okres jego prawdziwej wolności po wyjściu z paki należał do szczęśliwszych w jego warszawskiej egzystencji. Już wkrótce przyjdzie mu przyjąć lukratywną posadę wykidajły w burdelu i ochroniarza szefa w jednym. Problem poważny pojawi się natomiast wówczas, gdyż szef Wojtka wyzionie ducha w jednym z mokotowskich eleganckich mieszkań, a Wojtek stanie się głównym podejrzanym. Tu zaś w sukurs przyjdzie Wojtkowi kolejna miłość, tym razem do krągłolicej dziewoi ze wsi - Marcysi, którą tak opisuje w monologu wewnętrznym: "Dziewucha jak trza, nie jakiś tam zakopcony papierosami miastowy zdechlak". Polecam lekturę "Krzyżówki z Przekroju", gdyż Zeylder-Zborowski osiągnął tu wyżyny swego potoczystego stylu i epicki rozmach (304 strony). Gustaw Czerwiński
Tajemnica TAR-4 Śledząc twórczość Anny Kłodzińskiej dochodzimy do wniosku, że autorka powoli acz nieubłaganie uciekała od zbrodni o charakterze prywatnym i przechodziła do pionu szpiegowskiego.
To widać już od książki "Szukam tego człowieka", a zapewne ktoś mógłby uznać, że już w "Świetlistej igle". My natomiast bierzemy tym razem na warsztat "Śmierć za karę", jedną z 28 powieści milicyjnych Kłodzińskiej. Powieść wielowątkową o zmiksowanej strukturze i przepuszczonych przez wyżymaczkę męczących trybów PRL bohaterach. I co najważniejsze, jeden z tropów śledztwa prowadzi na Bielany. I to na samym początku intrygi: "Volvo 480-es, jak stwierdził plutonowy, należało do Andrzeja Wnękowskiego, zamieszkałego na Bielanach, ulica Żeromskiego 5". Jednak przez pół książki właściciel wozu jest podejrzanie nieuchwytny. Tymczasem wypływa sprawa pewnego inżyniera. Gdy tylko spotkamy inżyniera Strzemińskiego czujemy, że coś się będzie święcić. No bo jak rozumieć inaczej, że "pognał polonezem do Forum, gdzie zaszył się w sali restauracyjnej". Od razu dwie negatywne cechy. Któż to bowiem rozbija się szczytowym osiągnięciem polskiej motoryzacji i do tego jeszcze jada w Forum. Nie dziwimy się więc w ogóle, że do Strzemińskiego podchodzi obcy typ i rzecze w te słowa: "- Chodzi mi o zjawisko samoogniskowania się promieniowania laserowego, mówiąc w skrócie. Pracuje nad tym w TAR-4 kilku zdolnych ludzi." Już jesteśmy ciekawi bliższych szczegółów o cudownym wynalazku, te jednak nigdy nie następują. Kłodzińska, w typowy dla siebie sposób, wykonuje nagły zwód i podsuwa nam trupa. Daje to zresztą okazję do tego, by na scenę wkroczył major Szczęsny. Od razu zresztą wiemy, że on to on, gdyż Szczęsny ma całą Warszawę w jednym palcu. Po pierwsze wie, kim jest osoba, która wezwała milicję: "- Pamiętam pana ostatnią walkę - powiedział z uznaniem w głosie. - Marzec, osiemdziesiąty trzeci, hala Gwardii". Kilkanaście stron dalej do komendy zgłasza się pewien świadek i okazuje się, że Szczęsny również go zna. Szczęsny jest bowiem oficerem idealnym. Prawie wszystko widział i słyszał, a do tego ma niesamowitego nosa oraz trafiają mu się całe ciągi sprzyjających śledztwu przypadków. Szpiedzy polujący na wiedzę polskich inżynierów to jeszcze nie wszystko. Siatka interesuje się również polską służbą zdrowia. Lekarze mający trudności z wybiciem się są mamieni perspektywami pracy za granicą i pławieniem się w konsumpcyjnym luksusie. Trzeba jedynie podać jakieś dane o strukturze zatrudnienia, o najnowszych badaniach, trudnościach szpitali itd. No tak, teraz szpieg nie byłby, w wielu sytuacjach w ogóle potrzebny. Lekarze sami opuszczają ojczyznę, gdyż są cenieni o wiele bardziej gdzie indziej, ale nie grozi nam katastrofa. Możemy bowiem liczyć na napływ lekarzy z Ukrainy. Siatka wykorzystuje pewną kobietę jako przynętę. Jest to dosyć dziwna pani. Potrafi być zarówno olśniewająco piękna, jak również odrażająco brzydka. Dopiero przy końcu powieści można się dowiedzieć, że chodzi o jedną i tę samą osobę. I tu właśnie wychodzi przewrotność Kłodzińskiej. Po prostu wyjmuje królika z rękawa. Można uznać, że to błąd w sztuce, ale równie dobrze można stwierdzić, że taki nagły zwód działa zaskakująco i orzeźwiająco na Czytelnika. Po prostu u twórczyni postaci Szczęsnego wszystko jest możliwe i dlatego do końca nie wiemy, czego się spodziewać. To zaś, przyznają Państwo, ogromny plus. Na marginesie jeszcze słówko o paniach. Zdaje się, że Kłodzińska ich po prostu nie lubi. Nie dość, że mamy perfidną naciągaczkę pięknulo-brzydulę, to jeszcze możemy przeczytać o innej pani: "Nie odróżniłaby pewnie volva od ikarusa". Co za złośliwość. Gustaw Czerwiński
Przesłuchiwany z Zacisza Powiastka kryminalna "Celny strzał" Władysława Krupińskiego, powstała jako 58 zeszyt słynnej serii "Ewa wzywa 07". Akcja rozgrywa się w Warszawie, a jeden z tropów wiedzie na Zacisze.
Główny bohater utworu, kapitan Mirski prowadzi śledztwo w sprawie tajemniczego morderstwa dokonanego na osobie inżyniera Karola Sawickiego, pracownika spółdzielni "Elektrosprzęt". Początkowo oczywiście myślano, że inżynier uległ amnezji podczas wyjazdu służbowego i zawieruszył się gdzieś na terenie kraju: "Wychodzi człowiek z domu i znajdują go po kilku dniach setki kilometrów od stałego miejsca zamieszkania". Tym razem nie chodziło o amnezję tylko o przeszłość. Inżynier Sawicki znał mianowicie mroczną przeszłość mordercy. Mógł więc być groźny. Mordercy nie wystarczyło zresztą wcale usunięcie świadka niechlubnej, okupacyjnej przeszłości. Planował przeszkodzić kapitanowi Mirskiemu w śledztwie, nastając na jego życie. Najpierw podstępnie zwabił go do lokalu "Mozaika" podpisując się jako "Blondynka". Potem postanowił napaść na stróża prawa pod drzwiami kawalerki tegoż. Poluzował również śruby w kołach samochodu kapitana, licząc na "nieszczęśliwy wypadek". Nic to jednak nie dało. Kapitan Mirski parł do celu jak czołg i nic nie było w stanie powstrzymać toczącego się śledztwa. Leżąc w szpitalu i kurując się po napaści z radością konstatował stopniowe polepszanie się stanu zdrowia: "Zajrzała pielęgniarka. Ładna dziewczyna. Do twarzy jej w tej bieli, krucze włosy wymykały się spod czepka. Była zgrabna, miała wyjątkowo ładne nogi. Zdążyłem i to zauważyć. Ej, nie jest ze mną tak źle. Pewnie w poniedziałek wypiszą." Wśród przesłuchiwanych znalazł się także znajomy inżyniera, zamieszkały na Zaciszu: "A gdzie mieszka przyjaciel męża? - Na Samotnej szesnaście. Nazywa się Jan Zbykowski". Jest to więc jedynie wzmianka, ale zawsze cieszy. Oczywiście nie istnieje numer 16. Samotna to maleńka przecznica łącząca ul. Korzystną i Łukasiewicza. Stoi tu zaledwie kilka budynków. Na zakończenie dodam, że "Celny strzał" napisany jest w pierwszej osobie, co bardzo zbliża Czytelnika i bohatera. Gustaw Czerwiński
Topolowa jest wszędzie Topolowa to bardzo intrygująca ulica. Nie dość, że krzyżuje się sama ze sobą, to jeszcze nie wszyscy widzieliby ją tam, gdzie jest, czyli na Białołęce.
Czytając kryminał "Magiczny papierek" autorstwa Jadwigi Kaflińskiej (wydany jako 107 zeszyt serii "Ewa wzywa 07..." w 1979 roku) dowiadujemy się, że Topolowa znajduje się w rejonie... Chałubiń-skiego i Alej Jerozolimskich. Oto mamy: "Kiedy wreszcie wjechali w Chałubińskiego, dochodziła już godzina osiemnasta pięćdziesiąt pięć. Zaledwie kilkanaście metrów dzieliło ich od ulicy Topolowej." Na tej właśnie ulicy mieszkał pracownik pewnego wydawnictwa, niejaki Janusz Zawidzki. I to tego mężczyznę znaleziono zastrzelonego we własnym mieszkaniu na Topolowej właśnie. Co więcej do zbrodni przyznaje się osobista małżonka denata: "To ja zastrzeliłam mego męża, w dniu wczorajszym, w naszym mieszkaniu przy ul. Topolowej". Oczywiście kapitan Marcin Roszczyk należy do znawców kobiecej duszy i raczej nie bierze poważnie słów zdesperowanej kobiety, mimo że na porzuconym pistolecie figurują jej odciski palców. Słusznie zakłada, że gdyby rzeczywiście chciała pozbyć się męża, to nie wpakowałaby pięciu kul w dywan i ściany, a tylko jedną w serce ofiary. Jak bowiem można było wielokrotnie pudłować z odległości zaledwie kilku metrów. Kapitan nie wierzy w winę Zawidzkiej nawet wówczas, gdy niejaki Krzycki usiłuje go w tym utwierdzać mówiąc: "A widział pan kiedy, jak one strzelają? Naciskają spust, zamykają oczy i strzelają tak długo, aż rewolwer zacznie parzyć. Wtedy rzucają go na podłogę." Intryga "Magicznego papierka" jak na kryminał milicyjny jest zgrabnie skonstruowana, autorka udanie myli tropy i wyszukuje coraz to nowe motywy działania potencjalnego zabójcy. Mamy tu więc zazdrość, szantaż, chęć szybkiego wzbogacenia się, porachunki z przeszłości. Do końca nie jesteśmy pewni, kto okaże się winien. Zalecam lekturę na jeden z jesiennych wieczorów. Nie tylko zbrodnia i pogoń za przestępcą są tu ważne. Warto skupić się na kilku pieczołowitych opisach, które stanowią dziś o wartości gatunku, np.: "W tym momencie weszła do pokoju młoda dziewczyna, niosąca na tacy dwie szklanki herbaty; postawiła je na stoliku konferencyjnym. To była chyba seksbomba wydawnictw. Wyobraź sobie - platynowe loki spadające w puklach na ramiona, szarozielone oczy, ocienione sztywnymi od tuszu, długimi podwiniętymi rzęsami, lekko zadarty nosek, który zdawał się węszyć dookoła, usta pomalowane perłową szminką, uśmiechające się zachęcająco w lalkowatej twarzy. Miała wysokie, proste nogi, na których poruszała się szybko i zręcznie, kręcąc okrągłym kuperkiem". Z kronikarskiego obowiązku pragnę przypomnieć, że Topolowa pojawiła się już w naszych literackich szpargałkach. Wspominała o tej ulicy Anna Kłodzińska w swej pierwszej powieści "Śledztwo prowadzi porucznik Szczęsny". Gustaw Czerwiński
Na bigosik i setę Akcja w kryminałach z czasów PRL koncentruje się zazwyczaj w Warszawie. Nie inaczej dzieje się w "Uśmiechniętej pannie Lizie" spółki autorskiej Jaworski-Salecki. Ważny trop wiedzie jednak do Zielonki.
Zbrodnia nie jest typowa. Oto na stacji Warszawa-Szczęśliwice sprzątaczka czyszcząca wagony kolejowe natrafia na zawiniątko, a w nim kobiece ręce. Szybko okazuje się, że należały one do niejakiej Heleny Downarowej, handlarki z Bazaru Różyckiego. Kapitan Pychalski rozpoczyna żmudne śledztwo. Wkrótce pozostałe części ciała kobiety odnajdują się w innych pociągach, ale to nic nie wyjaśnia. "Gdzie mieszka jej brat? Downarowa nie była mężatką ani wdową? Tak. On nazywa się Downar. Helena mówiła o nim: Mietek. Dokładnego adresu nie znam, ale wiem, że mieszka w Zielonce" - czytamy w "Uśmiechniętej pannie Lizie" Oczywiście to nie brat kropnął handlarkę. Pomógł natomiast w śledztwie przekazując milicji rzeczy Downarowej. Były wśród nich zdjęcia kilku osób. Okazały się ważnym śladem w śledztwie prowadzącym do afery przemytniczej oraz szpiegostwa gospodarczego (to typowe wątki rodzimych kryminałów). Wszystko zaś odbywało się za pośrednictwem pracownika wagonu restauracyjnego Wars kursującego między Warszawą a Pragą. Nie tu jednak będzie koncentrował się pościg za sprawcą dwóch morderstw. Kulminacyjne sceny rozegrają się na ulicach Szczecina, gdzie wywiadowcy milicyjni muszą udać się w ślad za wartburgiem kombi. Oczywiście finału nie zdradzę. Warto zajrzeć do książeczki z 1975 roku wydanej w serii Labirynt, by zanurzyć się na dwie godzinki w peerelowskich klimatach. Zadziwia natomiast, jak łatwo było zwerbować pociągowego kelnera do wejścia w przestępczy układ: "Wypiliśmy jedną setę, drugą pod bigosik. Facet poczęstował fajkami". Wniosek z tego taki, że jak ktoś zaprasza na setkę, a nie daj Boże dwie i do tego jeszcze na bigosik, to na pewno nie ma szlachetnych zamiarów. No, chyba że jest to nasz osobisty znajomy. Wówczas możemy być mniej czujni. Gustaw Czerwiński
Gdzieś na Młocinach Słynna w PRL-u autorka kryminałów Helena Sekuła wyróżniała się z rzeszy podobnych sobie autorów własnym stylem, nie stroniącym od wymyślnych neologizmów oraz pewnym sznytem środowiskowym.
Cechy te można doskonale zaobserwować oddawszy się lekturze utworu "Noc bliskiego Księżyca" (nr 144 w serii "Ewa wzywa 07..."). Autorka unika jak ognia szczegółów topograficznych opisywanych miejsc. Miesza nazwy prawdziwe z fikcyjnymi. Nie zmienia to faktu, że w utworze jeden z bohaterów - noszący wdzięczną ksywę Alkar, każe się wieźć z Dworca Centralnego na Młociny. Już jesteśmy ciekawi, w które dokładnie miejsce i czekamy na podanie nazwy ulicy. Owszem pada nazwa - Alabastrowa. Problem w tym, że nie ma takiej ulicy, ani na Młocinach ani w żadnej innej części Bielan. W ogóle, póki co nie ma w Warszawie Alabastrowej. Można zatem powiedzieć, że część akcji rozgrywa się gdzieś w wirtualnej przestrzeni Młocin. "Noc bliskiego Księżyca" została opublikowana w 1988 roku. W gatunku powieści milicyjnej jest to dziwny utwór, gdyż milicji tu na lekarstwo. Wzmianka o tym resorcie pojawia się tylko raz. A więc wymiar symboliczny. Ostatnie zdanie dzieła brzmi: "- Szambelan, idę telefonować na milicję". W całej powiastce dzieje się niewiele, a i tak nie bardzo wiadomo, czy dobrze rozeznajemy się w fabule. Weźmy sam początek. Na pierwszych tylko trzech stronach, poza wspomnianym już Alkarem poznajemy całą plejadę bohaterów: Medyka, Szambelana, Bojka, Kabla, Hefa i Płowego. Ciężko to wszystko spamiętać, a co dopiero ogarnąć. Potem zaś narrator niemal bezwiednie skacze między postaciami i trzeba się z kontekstu orientować za kogo w danej chwili myśli. To jednak wcale nie jest takie istotne, gdyż nie ma tu fabuły w ścisłym tego słowa znaczeniu. Wiadomo, że chodzi o rozliczenia między kumplami, którzy wykonali kiedyś wspólny skok i jeden poszedł siedzieć. Teraz wyszedł i pojawia się problem. To wystarczy za całe streszczenie. Liczy więc się szczegół, obserwacja, niuans i przede wszystkim język. We wszystkich tych aspektach Sekuła jest niezrównana. Można po kilku zdaniach poznać charakterystyczny styl tej autorki. A to jest coś. Przedstawiciele świata przestępczego porozumiewają się w rozmowach skrótami powszechnie znanych wulgaryzmów. Bardzo często ktoś bywa określany mianem: "dolony sysyn". Cóż, taki niepozorny zabieg stylistyczny, a cieszy. Polecam Sekułę jako przykład skrajnego indywidualizmu w powieści milicyjnej. Gustaw Czerwiński
Do Łomianek i z powrotem Łomianki trafiły do annałów literatury m.in. za sprawą "Fiata z placu Teatralnego" Danuty Frey (131 zeszyt serii "Ewa wzywa 07"). Oczywiste jest ścisłe odniesienie to tytułu.
Major Wanacki jest nie w ciemię bity. Od razu przyjmuje założenie, że fiat ukradziony przez podrzędnych złodziejaszków z placu Teatralnego (właściciele byli właśnie na długim koncercie w filharmonii) był przez kogoś zamówiony i mógł trafić najpierw do przeróbki. A gdzie? Do jednego z warsztatów w... Łomiankach. "Mogę się mylić" - zastanawia się głośno stróż prawa. - "Niemniej właśnie w Łomiankach znajduje się wiele warsztatów naprawy samochodów. W takich peryferyjnych warsztatach stosunkowo najłatwiej, bo i najmniej są one na widoku, o przeróbki kradzionych pojazdów. Niektóre tylko z pozoru zajmują się usługami". Tak autorka wspominała o Łomiankach niemal 20 lat temu. Cóż, teraz warsztat przeróbki samochodów może znajdować się niemal wszędzie, a podstołeczne lasy usłane są starymi karoseriami i częściami wypatroszonych samochodowych wraków. Organa ścigania lepiej radziły sobie z wykrywaniem złodziei samochodów w powieściach milicyjnych, niż w rzeczywistości. Kradzież fiata to oczywiście tylko wierzchnia warstwa utworu, bowiem w bagażniku pojazdu znajduje się trup pewnego inżyniera, o którym jak się okazuje, złodzieje nic nie wiedzieli. Ukraść fiata z trupem, a następnie wpaść w ręce organów to zaiste podwójny pech. Niefart zresztą jest tak naprawdę osią utworu Danuty Frey. Ślad bowiem prowadzi nie mniej ni więcej tylko wprost do żony denata. Niby oczywiste, ale ta wiotka istota byłaby w stanie udusić ukochanego małżonka przez zadzierzgnięcie i to niedługo po jego powrocie z wysokodewizowej zagranicznej pracy? Przecież teraz właśnie płomienna miłość powinna rozbłysnąć wielkim blaskiem. Któż jednak jest tak naprawdę władny odgadnąć sekrety kobiecej duszy, tym bardziej żony inżyniera, niejakiej Ilony Tomczyk. Nic oczywiście nie jest do końca jednoznaczne. Poza tropem prywatnym mamy także trop służbowy, czyli po linii zakładu pracy, wzajemnych powiązań, zazdrości, animozji i ambicji. Inżynier Tomczyk nie był bowiem postacią lubianą. Nie dość, że rozbijał się coraz to nowymi służbowymi wozami, to jeszcze chciał robić karierę za wszelką cenę. Śledztwo w zakładach (eksportowe budowy), gdzie pracował inżynier składa się z mozolnych rozmów oraz wejść sekretarki Bartczak donoszącej kawę: "Wkrótce weszła do pokoju zadbana brunetka w wieku balzakowskim, o pulchnych, upierścienionych rękach i obfitym biuście". Ten widok zupełnie nie zbił z tropu majora Wanackiego i śledztwo zostało doprowadzone do uwieńczonego sukcesem finału. Gustaw Czerwiński
Pogoń za szóstką Bielany to bardzo wdzięczna dzielnica dla mrożącego krew w żyłach pościgu za tramwajem linii nr "6". Tak przynajmniej wynika z lektury utworu "Pan dyrektor jest zajęty" Alberta Wojta.
Książeczka ukazała się równo 21 lat temu (oczko) w serii "Ewa wzywa 07". My zaś tropimy wątki bielańskie (Wojt jest zresztą piewcą Bielan i Żoliborza czasu PRL). Poszarpana intryga zaczyna się od znalezienia ciała jednego z kierowników Zakładów Elektro-technicznych. Miejsce zbrodni jest oryginalne, mianowicie służbowa toaleta. Porucznik Mazurek niczym pies gończy, chwyta każdy dostępny ślad mogący prowadzić do wykrycia sprawcy. Najpierw oficer postanawia odwiedzić niejaką Dolińską, zamieszkałą na Żoliborzu. Pani ta ma powiązania z podejrzanym, Felkiem. Dzielny stróż prawa nie daje się zbyć i postanawia śledzić kobietę. Tu trafiamy na pasjonujący fragment: "Dziewczyna jedzie "15" na Bielany - poinformował rzeczowo oficera dyżurnego. (...) ani na placu Komuny Paryskiej (obecnie Wilsona - przyp. red.), ani później na Słowackiego (obecnie zdjęto tory na potrzeby budowy metra i nie wiemy czy stan poprzedni zostanie przywrócony - przyp red.) Dolińska nie wysiadła." Już zanosiło się na to, że przy Marymockiej kobieta zakończy podróż i doprowadzi nas do następnego ogniwa istotnego w śledztwie, kiedy niespodziewanie przesiadła się do "6" jadącej w przeciwnym kierunku. Przeskoczyła przy tym płot oddzielający torowiska. Pomknęła na Pragę Południe i dopiero w lokalu "Pod Jeleniem" gdzieś na zapleczu ul. Grochowskiej udało się Mazurkowi dopaść Dolińską. Fragment powyższy to niemal pean na cześć komunikacji miejskiej. Tak więc mijamy już bielańskie pejzaże, a i śledztwo toczy się naprzód. Nie wiadomo zresztą, czy wszystko znalazłoby szczęśliwy koniec - tu narrator trzyma nas cały czas w szachu - gdyby nie druga zbrodnia, tym razem w magazynie feralnych Zakładów Elektrotechnicznych. Już mamy prawo obawiać się wprowadzenia wszędobylskiego wątku szpiegowskiego. W końcu byliśmy kiedyś dziesiątą potęgą świata (sic!), to i zapewne w produkcji aparatury nagłaśniającej przodowaliśmy. Wszystko okazuje się jednak bardziej płaskie i sprowadza do prostackich nadużyć finansowych w firmie. Oczywiście tu staje się jasne, że morderca nie może wywodzić się z półświatka. Ten ktoś przecież musiał mieć jakieś pojęcie o księgowości, a ponadto jak się okazuje pali chesterfieldy, a nie zefiry czy popularne, jak większość rodaków żyjących od pierwszego do pierwszego. To musiało być zgubne. Tak więc można powiedzieć, że bezczelna skłonność do perwersyjnego luksusu okazała się wielkim błędem mordercy. Gustaw Czerwiński
Kobieta dołem i górą Sięgając po ostatnią chyba (1991) powieść Alberta Wojta "Zielone i złote" nie spodziewałem się żadnych rewelacji. Ot rutynowy kryminał.
Nawet tytuł to czysta rutyna - chodzi oczywiście o polską i amerykańską walutę. Przestępca Kałucki wychodzi na wolność i jest oczywiste, że wróci na przestępczą ścieżkę. Akcja rozgrywa się w obrębie kilku grup podrzędnych gangsterów. Kałucki nie wyróżnia się na tym tle ani sprytem ani oryginalnością spojrzenia na życie. Ma natomiast sporo szczęścia, w związku z tym udaje mu się cało wychodzić z opresji i zostawiać za sobą kolejne trupy. Do czasu oczywiście. Fabuła zatem nie wnosi niczego frapującego. Jest za to Legionowo oraz kobiety, a szczególnie jedna. To w Legionowie właśnie mieszka człowiek, który miał czelność zadać się z kobietą Kałuckiego podczas, gdy ten odbywał karę. O tym Kałucki dowiaduje się od kolegi: "- Dowiem się wreszcie nazwiska tego faceta? - To Bolek Jeziorowski. Mieszka w Legionowie niedaleko stacji kolejowej". W taki oto sposób Legionowo pojawia się po raz pierwszy. Już w następnym rozdziale do akcji wkracza porucznik Mazurek. Oczywiście poznajemy go wraz z terkotem budzika. Stróże prawa w polskich powieściach kryminalnych wstają bardzo wcześnie lub są wręcz zrywani w środku nocy w celach służbowych. "Wysyłam po Ciebie radiowóz - głos oficera dyżurnego brzmiał sucho i beznamiętnie - Pojedziesz do Legionowa. - Rozróba czy włamanie? - spytał, choć prawdę powiedziawszy nie sprawiało mu to specjalnej różnicy. - Muszę obejrzeć trupa". Wbrew pozorom Legionowo wcale nie okazuje się miejscem szczególnie złym w powieści Wojta. To raczej koloryt uzupełniający warszawskie wątki fabuły "Zielonych i złotych". W mieście stołecznym pada bowiem aż pięć trupów. Milicja, a właściwie już policja, gdyż książka została wydana w roku 1991 jako jedno ze schyłkowych dzieł polskiego kryminału, bardziej asystuje kolejnym działaniom przestępców niż radykalnie rozprawia się z nimi. W pewnym sensie stało się to zresztą symptomatyczne dla późniejszych lat. To co wyróżnia książkę Wojta w masie rodzimych kryminałów, poza wątkiem legionowskim rzecz jasna, to instygująca postać kobiety. Była miłość Kałuckiego noszące biblijnie imię Ewa jako jedyna z bohatrek negatywnych zdaje się uchodzić bez szwanku. I takie jest przesłanie książki. Można je ująć w słowach: kobiety górą. Ewa w pierwszej chwili udaje skruszoną i zdaje się wracać w ramiona Kałuckiego. Kto wie, być może zresztą rzeczywiście ma taki zamiar wietrząc, że dawny narzeczony znowu będzie przy forsie, a to przecież bardzo wzmaga moc uczuć. Tak dochodzimy do jedynej sceny erotycznej, która pojawia się pod koniec XI rozdziału na stronie 68. Zaznaczam jednak oczekujących, że jest to erotyzm na miarę kryminału milicyjnego: "Ewa przylgnęła do niego całym ciałem. Najpierw chciał ją zanieść na pierwsze piętro, ale w ostatniej chwili rozmyślił się. Nie widząc żadnych odpowiednich sprzętów, ruszył na środek holu. Postawił dziewczynę na dywanie i niecierpliwie zaczął rozpinać jej spódnicę. Ze śmiechem ściągnęła obcisły sweterek, pod którym nie miała stanika. - Nareszcie doczekałam się prawdziwego chłopa - szepnęła radośnie - Tylko postaraj się, Misiek, jak to ty potrafisz". Niestety nie dowiadujemy się już niczego bliższego o staraniach Miśka, gdyż w tym właśnie miejscu kończy się rozdział. Cóż, napisanie dobrej sceny erotycznej jest piekielnie trudne i nawet tak modny drugoligowiec jak Wojt postanowił spasować. Ewa cały czas pozostaje w tle głównych rozgrywek czyli walki o zawartość pewnego sejfu. Umie się jednak odnaleźć w krytycznym momencie i bezbłędnie wykorzystać sytuację na swoją korzyść. Takie już one są te kobiety. W krytycznym momencie odjeżdżają z łupem w siną dal kradzionym popielatym citroenem. Książka Wojta jest więc tak naprawdę traktatem o naturze kobiety i na tym odcinku zdecydowanie wyrasta przed szereg milicyjnych kryminałów. Tym bardziej, że w końcówce wcale Ewa nie pozotsaje pochwycona. Tak więc zakończenie mało typowe. Elementy te w całym wojtowskim niechlujstwie każą widzieć w "Zielonych i złotych" co nieco więcej niż myślało się na początku. Bez przesady rzecz jasna. Wojta stać poza tym także na błysk ironii. - "To musi być ekstra numer za takie pieniądze - rzuciła żartem. - Czy aby ci dogodzę? - Możesz zarobić pięćdziesiąt papierów nie wygniatając łóżka". To już dialog między dwojgiem innych, pobocznych bohaterów powieści. Oczywiście w całej sterze opisowej Wojt pozostaje rzemieślnikiem pakującym w odpowiednie miejsce gotowe elementy: "Pchnął pokryte łuszczącą się farbą drzwi i chciał zapalić światło, ale ktoś wcześniej musiał wykręcić żarówkę" (str. 29) oraz "Po lewej stronie znaleźli klatkę schodową. Chcieli zapalić światło, ale ktoś wcześniej musiał wykręcić żarówkę" (str. 91). Poza tym za kilkanaście stron ktoś "mle w ustach przekleństwo". To chyba jedno z najbardziej ulubionych zdań Wojta. Warto wspomnieć jeszcze na koniec o poruczniku Mazurku. Oficer ten posługuje się w pracy intuicją (ta każe mu np. ni z gruchy ni z pietruchy zajrzec do pewnej piwnicy) oraz stawianiem piwa informatorom, co oczywiście posuwa śledztwo naprzód: "Ajent wydawał wszystkim po dwa piwa jak leci. Porucznik zapłacił bez protestu i rozglądał się właśnie za wolnym miejscem, gdy dostrzegł siedzącego na murku siwego mężczyznę". Przyznać trzeba, ze to dosyć ciekawy zestaw technik operacyjnych zakrawający na kpinę z organów. Zapewne było to mimowolne. Słowem Wojt wart lektury ale zdecydowanie z powodów pozakryminalnych. Gustaw Czerwiński
Dusza milicjanta Ważnym miejscem akcji książki Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego "Gość z Londynu" jest jedna z bielańskich ulic - Leopolda Staffa.
Tu trafia major Stefan Downar prowadząc śledztwo w sprawie morderstwa popełnionego na Mokotowie. Zaczyna się od zwłok tytułowego gościa z Londynu znalezionych w garażu państwa Wernerów. W tym momencie do akcji wkracza nieoceniony Downar i prowadzi śledztwo wedle swojego stałego wzorca. Poznaje wszelkie możliwe powiązania między poszczególnymi postaciami - znajomi, rodzina, kuzyni, pociotki itd. Wiedziony intuicją Downar postanawia odwiedzić niejaką Rumicką zamieszkałą właśnie przy ul. Staffa. Pani ta w pewnym momencie zwraca się do Downara słowami poety: "Trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe". W ten sposób następuje zręczne powiązanie nazwy ulicy z twórczością patrona. Downar jednak nie idzie na lep Rumickiej twierdząc, że nie zna tego wiersza, a i poezji w ogóle raczej nie lubi. Oczywiście nie jestem w stanie w to uwierzyć. Przecież Downar przełamuje się nawet w co drugiej powieści Zborowskiego, by pójść z maniakiem, porucznikiem Walczakiem, do filharmonii. Tym razem słuchali Brahmsa. Kryminał jest dwutrupowy, co jest dość typowe dla autora. Zawsze warto co 120-130 stron ożywić akcję. Rutynowe działania w rodzaju uderzenie tępym narzędziem w tył głowy (w tym wypadku kastet) oraz rabunkowy motyw działania przestępców nie dziwią. W zakresie pomysłowości ten Zborowski zupełnie więc nie zaskakuje, ale czyta się fajnie. Po pierwsze z uwagi na warstwę obyczajową, która z reguły jest najmocniejszą stroną Zeydlera. Po drugie dla kilku pięknych zdań, które gdzieś sobie zawsze przycupną. Po trzecie wreszcie dla tropienia elementów, by tak rzec knajpiano-gastronomiczno-topograficzych. Oto garść cytatów obyczajowych, równocześnie znakomicie charakteryzujących Downara. Książka zaczyna się od powrotu majora z urlopu: "Tym razem spędził urlop w Kazimierzu nad Wisłą. Prowadził się wzorowo. Nie palił (normalnie pali - przyp. red.), nie pił, unikał spotkań ze znajomymi, które zazwyczaj kończyły się przy wódce". Porucznik Walczak, kumpel Downara udziela przyjacielskiej rady: "Widzę Stefanku, że jesteś nie w sosie. Albo znajdź sobie interesującego kociaka, albo weź się do jakiejś roboty". Nietrudno zgadnąć, że wygra zaszczytna postawa obywatelska. Nie bez pewnych oporów oczywiście. Downar musi się bez końca przełamywać i nawet podczas wykonywania czynności służbowych zmuszony jest gasić w zarodku odzywające się raz po raz libido. Oto jak Downar zareagował na panią Lenę: "Była ładna, miała pełne, zmysłowe usta i ciemne, leciutko skośne oczy. Co to jest, że mnie się teraz każda podoba - pomyślał niespokojnie Downar". Cóż, być może Downar tylko dlatego nie zmienia kobiet jak rękawiczki, że ma fach, który pozwala mu na codzienną sublimację popędu i zapewnia mocną dawkę emocji. W trakcie śledztwa wstępujemy do kilku lokali. Wcześniej byli w nich podejrzani albo też Downar umawia się z kolejnymi osobami, chcąc uniknąć oficjalności. "W Świteziance było pełno. Zmęczone ludzkie twarze tonęły w kłębach tytoniowego dymu. Pachniało kiepską kawą i ciastkami". Jest również wzmianka o staromiejskim lokalu "Rycerska" i tu pozwolę sobie przytoczyć dialog (chyba najlepszy sznyt Zeydlera w tej powieści) między Downarem, a jednym z podejrzanych: "- Gdzieście się spotkali? - Spotkałem ich przypadkowo na Starym Mieście. - I poszliście na wódkę? - A dlaczego nie? W Polsce Ludowej jeszcze nie ma prohibicji. - Gdzieście pili? - W Rycerskiej". Tutaj spieszę nadmienić, że poza obowiązkowym koniakiem w kilku odmianach w "Gościu z Londynu" pija się "Soplicę". A ponadto: "Przybiegła zaintrygowana pani Lola w pretensjonalnej, koronkowej sukni, błyszczącej srebrnymi dżetami. Była zaróżowiona i rozsiewała wokół siebie zapach francuskich perfum i winiaku (po sto dwadzieścia osiem złotych butelka)". To drugi znakomity fragment. Jest także wzmianka o nie istniejącej już "Kameralnej", a także wstępujemy wraz z Downarem do "Alhambry". Gustaw Czerwiński
Rosnąca wrażliwość czujników Akcja kryminałów Albetra Wojta, których ukazało się przed laty kilkanaście, rozgrywa się głównie w Warszawie. Żoliborz i Bielany to rejony szczególnie ulubione przez autora.
W "Przystanku przy Gwiaździstej", z roku 1980, porucznik Mazurek podejmuje śledztwo w sprawie tajemniczego morderstwa przy tytułowej ulicy. Wszystko wskazuje na to, że sprawca po dokonaniu zbrodni spokojnie odjechał porannym kursem autobusu linii "118". Pamiętajmy, że wówczas nie było jeszcze mostu Grota i linia ta miała inną trasę niż obecnie. Wraz z milicjantami przemierzamy bielańskie uliczki, wstępujemy do parku "Kaskada" i śledzimy czarną ładę na Podleśnej. Fabuła nie jest prosta. Przede wszystkim dlatego, że rozpryskuje się na dziesiątki postaci, które trudno rozróżnić, gdyż niczym się nie charakteryzują. Jedynie po nazwiskach lub stopniach orientujemy się, że jeden z bohaterów znika na kilka rozdziałów, by dać miejsce innemu. Zabieg ten nie ma żadnego fabularnego uzasadnienia. Ma natomiast uzasadnienie ideologiczne. Autor pokazuje tu milicję jako zespół, dbając o to by nikogo specjalnie nie wyróżnić. Jak tylko zaczynamy kojarzyć kim jest porucznik Mazurek, to musi on uderzyć w trakcie czynności służbowych głową o krawężnik i tym samym wypada ze śledztwa, choć pojawia się jako obserwator działań kolegów. Ponadto mamy także kapitana Zawilskiego, sierżanta Kuligowskiego, porucznika Pozorskiego, pułkownika Kuglarza, kapitana Grzelaka oraz porucznika Stefańskiego. Chyba nie wynotowałem zresztą wszystkich. Po drugiej stronie barykady także nie brakuje bohaterów. Mamy waluciarzy, blacharzy, niebieskie ptaki i ich kobiety. Cały ten mentlik służy raczej po to by rozmydlić i pozornie wzbogacić prostą jak konstrukcję cepa fabułę typu: mord prywatny a jednak szpiegostwo. Oczywiście na rzecz Niemiec Zachodnich. Jak tylko dowiadujemy się, że pierwszy z trzech trupów (znaleziony koło tytułowego przystanku autobusowego linii 118 na Bielanach) to syn profesora zatrudnionego w Centrum Badawczo-Rozwojowym Automatycznego Sterowania to możemy być pewni, że za chwilę pojawią się jakieś mikrofilmy, a na końcu ktoś o niemieckim nazwisku zostanie przyłapany na kontakcie z polskim łącznikiem. Dlaczego szpiedzy dybią na polską myśl techniczną? O co chodzi tym razem? Oto proszę: "Od kilku lat prowadzone są tam intensywne prace nad różnymi rozwiązaniami czujników termicznych do układów sterujących". Piękne. W drugiej części książki niezwykle trudnego zdania podejmuje się kapitan Grzelak, który incognito przenika do przestępczego środowiska i rozkochuje w sobie niedoszłą narzeczoną denata. Milicjanci niższego szczebla bardzo dobrze znają wszystkich przestępców ze swojego rejonu. Ci natomiast witają ich kordialnie niezależnie od pory najścia: "Dowiem się wreszcie, co robiliście dzisiejszej nocy? - Melduję posłusznie, panie władzo, że nie wychodziłem z wyrka od mojej dziewczyny". To chyba najlepsze zdanie w książce. Niestety nic więcej tak błyskotliwego nie znalazłem. Odniosę się więc jeszcze do pobocznego wątku, a więc tajnej działalności kapitana Grzelaka, który to nie chciał wziąć udziału w krojącej się orgii w półświatku. Nie chciał, a przecież powinien, bo w tym wypadku byłaby to czynność służbowa: "Malina bez słowa wyszła na środek pokoju i w takt płynącej z gramofonu melodii zaczęła prowokująco kołysać biodrami. Moment później kilka wystudiowanych ruchów sprawiło, że sweterek i dżinsy znalazły się na podłodze" To tyle, gdyż właśnie w tym momencie kapitan Grzelak nagabywany przez niedoszłą narzeczoną denata (syna profesora - przyp. GC) proponuje wyjście na spacer. Tutaj Wojt przerwał scenę, gdyż nie licowała ona z godnością oficera MO. Gustaw Czerwiński
Podpułkownik ma problem Istotna część powieści "Dzieje jednego pistoletu" rozgrywa się na Bielanach. To tu właśnie dochodzi do napadu na załogę furgonetki dostarczającej utarg ze sklepów na pocztę przy al. Zjednoczenia.
Powieść Jerzego Edigeya "Dzieje jednego pistoletu" ukazała się w roku 1976 w słynnej serii z czerwoną okładką. Książka ta w dorobku Edigeya wyróżnia się pewną statycznością. Za to na korzyść szczegółów topograficznych. Wszystko wyjaśnia się na końcu z chwilą, gdy dowiadujemy się, że kanwą książki były prawdziwe wydarzenia. Możemy znaleźć dokładny opis rejonu, w którym za chwilę padną strzały z pistoletu zrabowanego przed kilku laty sierżantowi Kalisiakowi. Pistolet ten zresztą wiąże kolejne wydarzenia, gdyż przy jego wykorzystaniu dokonano dalszych napadów w innych częściach warszawskiej metropolii. Oto opis miejsca: "Na rogu al. Zjednoczenia i Jana Kasprowicza znajduje się postój taksówek. Tam też jest przystanek autobusowy. Po przeciwnej, nieparzystej stronie ulicy, wyrasta dom wyższy od innych. Prawie "drapacz chmur". Tuż za nim stoi dwupiętrowy budynek oznaczony numerem dziewiętnastym. Użytkują go wspólnie zgodnie dwie instytucje: poczta i biblioteka publiczna. Prawą część domu zajmuje poczta, do której prowadzi osobne wejście. Wisi tu duża czerwona tabliczka z napisem: "Urząd Pocztowy, Warszawa 45" (istnieje do dziś pod tym adresem - przyp. red.). Mniejszy szyld głosi, że w tym budynku można również skorzystać z usług PKO". To tylko skromny fragmencik, ale jakże wymowny. Czasy były dużo prostsze niż obecnie i wszystko można było napisać jak dla sześciolatka. Niezamierzona dziecinność tego opisu nie zmienia faktu, że w tej powieści należącej do cieszącego się ogromną popularnością gatunku milicyjnego znajdziemy dużo bogatszy niż w innych dziełach obraz miasta. Można udać się na spacer w ten rejon i porównać opis z rzeczywistością. Oczywiście prawdziwa powieść milicyjna to nie tylko miasto, ale przede wszystkim praca stróża prawa. Tutaj bohaterem jest podpułkownik Makowski. Śledztwo trwa kilka lat. Dochodzi do coraz to nowych napadów, w których giną ludzie. Przestępcy zmieniają samochody. Najpierw posługują się czarnym wartburgiem, potem jasnopopielatą skodą, warszawą a następnie fiatem 125p. W ten sposób wraz z upływającymi latami możemy prześledzić rozwój motoryzacji na przełomie lat 60. i 70. Czas mija, a sprawcy pozostają ciągle nieuchwytni. Awans Makowskiego z podpułkownika na pułkownika wisi na włosku, jest coraz bardziej odsuwany w ciemność zapomnienia. Czy uda się pochwycić bandę? Kim są ci sprytni ludzie? Czy podpułkownik Makowski ma żonę? Na te i inne frapujące pytania znajdziemy odpowiedź oddając się lekturze "Dziejów jednego pistoletu". Zapewne książkę można wypożyczyć w bibliotece dzielącej zgodnie budynek z pocztą. Gdyby jej tam nie było z powodu zaczytania, to polecam odwiedzić najbliższy antykwariat. Późne "edigeye" chodzą przeważnie po 3 do 5 zł. Gustaw Czerwiński
Mknąc przez Wincentego Osią akcji powieści kryminalnej Andrzeja Kakieta "Posłaniec śmierci" są zakrojone na szeroką skalę poszukiwania osobnika, który wysyła różnym ludziom via poczta asa pik, a następnie morduje.
Tropy porozrzucane są po całym kraju. Raz ktoś ginie w Gdańsku, to znowu w Warszawie. Jakby tego było mało jest także trup w Słupsku. Nie wiadomo jak powiązać te zdarzenia, a wiadomo, że jakoś wiązać się muszą. Autor stosuje skomplikowaną nielinearną konstrukcje czasową. Retrospekcje nakładają się na teraźniejszość wraz ze wspomnieniami bohaterów, a nawet refleksjami. To zaś na odcinku polskiej powieści milicyjnej zdarzało się rzadko. Ewenementem była także śmierć milicjanta podczas wykonywania czynności służbowych. Jak wynika z kart książki kapitan Kramer został pochowany na Cmentarzu Bródnowskim. To daje narratorowi asumpt do kilku spostrzeżeń na temat Targówka wczesnych lat osiemdziesiątych. Trafiamy na taki oto opis: "Nowy niebieski fiat cudem złapany przed bramą, wiózł nas ponurą, choć pełną kontrastów ulicą Wincentego. Z prawej strony stały jakieś zadrapane domki i zapłakane o tej porze roku ogrody, z lewej zaś kończono budowę wielkiego osiedla mieszkaniowego, dość nawet ciekawego architektonicznie, ale za to straszącego obrzydliwym, mysim kolorem współczesnych bunkrów. Z niechęcią odwróciłem od nich wzrok i rozejrzałem się po wnętrzu wozu". Przyznać trzeba, że to dość krwisty opis. Osiedle oczywiście wygląda teraz dużo gorzej, gdyż się po prostu zestarzało i zbrzydło, jeżeli to jeszcze w ogóle możliwe. Zapewne chodziło tu o rozpościerające się w oddali blokowiska ul. Smoleńskiej i sąsiednich. Przyznać zresztą trzeba, że co do kontrastów to chyba są jeszcze większe niż były. Teraz u wylotu Wincentego, za samym Rondem Żaba mamy biegnącą środkiem nowoczesna arterię, z lewej strony stację benzynową, a z prawej spory drewniany budynek, który cudem się ostał. I tylko baru "Smrek", do którego zachodziłem kiedyś zdążając z XIII liceum przy Oszmiańskiej na frytki, żal. Nie istnieje od dawna. Gustaw Czerwiński
Praskie zakamarki O tym, że polscy autorzy powieści kryminalnych okresu PRL ukochali sobie Pragę jako epizodyczne choćby miejsce akcji swoich dzieł, nikogo już przekonywać nie muszę.
Chodzi o całą oczywiście, wielką Pragę w dawnym rozumieniu. Rzadko jednak zdarzają się takie perełki jak "3xOmega" spółki autorskiej Tadeusz Frey i Mieczysław Ankwicz. Mamy tu zarówno pyszne opisy Pragi, Bródna, a nawet Białołęki. Jakby tego było mało jest także kilka zagadek nazewniczo-topograficznych. Akcja osnuta została wokół trzech morderstw popełnionych przy użyciu cyjanku potasu. Ze sprawą związany jest także zegarek marki omega. Śledztwo prowadzi uroczy porucznik Rembisz. Najpierw trafiamy do lokalu "Eldorado" przy ul. Wileńskiej: "Nazwa »Eldorado«, owej mitycznej krainy nieprzebranych bogactw, nie najtrafniej została wybrana dla małego lokaliku. Bar składał się z jednej, zawsze mrocznej salki, o szarych odrapanych ścianach, przepojonej kwaśnym odorem piwa i jełczejących w bufecie sałatek. Przykryte brudną ceratą stoliki i nie myta od miesięcy podłoga również nie usprawiedliwiały treści wiszącego nad wejściem szyldu". Przecież to czysta poezja. Gdzież te słynne praskie mordownie. Osobiście mogę wskazać dwa przybytki, które od biedy podpadałyby pod tę kategorię. Jeden mieści się na Targowej, drugi zaś na jednej z przecznic. Nazw oczywiście podać nie mogę, gdyż byłaby to kryptoreklama i narażanie się na sprawę o zniesławienie za jednym zamachem. W każdym razie oba lokale znam, jeden nawet nieźle. Bywałem tam w czasach, gdy redakcja "Echa" mieściła się w kamienicy u zbiegu Targowej z Kijowską. W toku prowadzonych czynności operacyjnych porucznik Rembisz musi przemieścić się na Bródno, określane na początku lat 60. jako Nowe Bródno. Dzielny stróż prawa udaje się tam... taksówką. Wcale nie jest to takie proste: "- Na Artyleryjską, proszę. (...) A gdzie ta Artyleryjska? - Na Nowym Bródnie - wyjaśnił skromnie porucznik. - Dlaczego pan zgasił motor? - Zabrakło benzyny - stwierdził lakonicznie kierowca. - Zapłacę za kurs powrotny - Rembisz miał niezawodne sposoby na cudowne rozmnożenie paliwa". Tak, kiedyś taksówkarz to był pan i władca. Mógł pojechać, ale niekoniecznie. Nawet milicjanci gotowi byli przepłacać za kurs, a ponadto taksówkarz mógł wykazywać bezczelne braki w znajomości topografii miasta. Pod tym względem jest dużo lepiej. A i samo Bródno bardzo się zmieniło. Porównajmy no tylko: "Nowe Bródno jest dzielnicą zdumiewających kontrastów. To przedmieście, a raczej część wielkiej Warszawy, jest uosobieniem chaosu. Bezładnie rozrzucone domki, pretendujące bez powodzenia do willowej rangi, wytyczają ulice, pokryte - zależnie od pory roku - miałkim piaskiem lub grubą warstwą błota." Powróćmy jednak do Artyleryjskiej. Z ulicą tą są ciągłe problemy. Nawet teraz nie wiadomo, czy należy ona tak naprawdę do Targówka czy do Białołęki. Leży na granicy dzielnic. Mieszkający tu ludzie są obywatelami Białołęki, sama natomiast ulica wchodzi administracyjnie w skład Targówka. Z książki dowiadujemy się, że był poważny problem z nazwą. O tu proszę: "Odszukanie ulicy Artyleyjskiej było ciężkim zadaniem. W ciągu ostatnich kilku lat ten uroczy zaułek zmieniał cztery razy swoją nazwę, tak że mieszkańcy nie wiedzieli dokładnie, czy ich domy stoją aktualnie przy ul. Kościuszki, Artyleryjskiej, Przodowników Pracy czy też Józefa Kowalskiego (ten ostatni, nieznany szerokim masom bohater narodowy, władał ulicą przez dwa miesiące)". W tym miejscu warto przypomnieć, że obecnie na terenie Targówka jest ulica Kowalskiego, ale nie Józefa tylko Aleksandra. Ten bohater też nie jest specjalnie znany szerokim masom. Po załatwieniu spraw na Artyleryjskiej porucznik Rembisz wrócił do komendy. Tym razem tramwajem linii "1" ruszając z pętli będącej wówczas na Pelcowiźnie. Ten fragment linii dawno już nie istnieje, ale pozostawiono ku pamięci kawałek dawnego bruku i kilka słupów oraz stosowną tabliczkę. Z okna tramwaju Rembisz widzi knajpę "Pod Semaforem". Była taka na ul. Wysokiego. Prawdopodobnie ostatnim lokalem dzielnicy Targówek pamiętającym PRL jest "Kacperek" z ładnie zachowanym klimatem i uroczymi kelnerkami. Nawet, gdy narrator przenosi ambitnego milicjanta na chwilę do Ostrołęki nie zapomina o ukazaniu warszawskich uroków: "W kilka minut po szóstej kremowa Warszawa rwała ulicami miasta. Trasa W-Z, Stalingradzka (obecnie Jagiellońska - przyp. red.), Żerań, kominy elektrociepłowni, wiadukt nad kanałem. W Jabłonnej ostry skręt w prawo". Ten akapit trzyma się zupełnie dobrze. "3xOmega" została opublikowana w roku 1962 w serii Labirynt. Nakład był stosunkowo niski, choć jak na dzisiejsze czasy ogromny - 20 tys. egz. Polecam miłośnikom gatunku i praskiej strony Warszawy. Gustaw Czerwiński
Powikłany życiorys inżyniera Autorzy rodzimej powieści kryminalnej, tłuczonej w masowych nakładach w okresie PRL-u, zapuszczali się nie tylko na prawy brzeg Wisły.
Bywało również, że istotna część akcji rozgrywała się na Bielanach. Tak właśnie jest we wczesnym kryminale Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego "Akcja Rudolf". Mamy w tej książce typowy dla pisarza melanż: plątanina wątków obyczajowo-erotycznych (oczywiście bez drastyczności), zazdrości, zdrady, zawiści oraz niezawodny wątek szpiegowski w tle. Zaczyna się od śmierci inżyniera nazwiskiem Nechay (już ten fakt plasuje postać w gronie negatywnych). Inżynier i jego żona prowadzili zupełnie odrębne życie i małżeństwo ich miało jedynie formalny charakter. Nic dziwnego, że taki relatywizm moralny miał opłakane skutki. Śledztwo jednak okazuje się dosyć skomplikowane i kapitan Stefan Downar musi się sporo nagłowić, zanim wykryje prawdziwego mordercę, jak i motywy jego działania. Tymczasem zdążamy na Bielany: "Krystyna przymknęła oczy i zdawała się drzemać. Zdanowicz osowiałym wzrokiem wodził po szarzejących w mroku domach. Ulice były puste. Skręcili w Aleję Zjednoczenia. Szofer nacisnął hamulec". To tu właśnie miała miejsce zbrodnia. Inżynier został znaleziony otruty. Czy możliwe jest jednak, żeby zbrodni dopuścił się kochanek żony lub też zawiedziony absztyfikant pielęgniarki, porzucony przez nią właśnie dla inteligencji i pozycji społecznej inżyniera? Czy też może żona zgładziła męża, by móc radośnie i z impetem rzucić się w ramiona kochanka? Tyle tropów. Wszystkie one niestety biorą w łeb, gdyż okazuje się, że inżynier był jednym z głównych projektantów w Biurze Projektów Ministerstwa Obrony Narodowej. Teraz jest już jasne, że nie względy osobiste, a zgoła międzynarodowe muszą być tu decydujące. Nie dowiadujemy się oczywiście nad czym pracował inżynier. Tego nie wie nawet kapitan Downar, który sam jest jedynie małym trybikiem w sprawie. Spece z kontrwywiadu milczą jak grób. Nasz dzielny oficer nie grymasi jednak, tylko pracuje na swoim odcinku. Krok po kroku zdobywa cenne poszlaki. Jedną z ważniejszych okazuje się płaszcz nabyty w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego. Nie mogę oczywiście zdradzić przez kogo. Wówczas Czytelnikowi umknęłaby bezpowrotnie przyjemność z lektury, a przecież chodzi o coś zgoła przeciwnego. Gustaw Czerwiński
Targówkowe pejzaże Powieść kryminalna Olgierda Budrewicza "Zatarte ślady" daje interesujący obraz prawobrzeżnej Warszawy końca lat 50. Większość akcji rozgrywa się na Targówku i Pradze Północ.
Zofia Zielniak, z zawodu ekspedientka, zostaje znaleziona martwa we własnym łóżku. Mieszkała przy ul. Wileńskiej. Wyrafinowane morderstwo popełniono przy użyciu kabla. Tak się złożyło, że nieopodal ofiary mieszkał redaktor Magórski. Postanowił on, niezależnie od działań milicji, poprowadzić samodzielne, by tak rzec, dziennikarskie śledztwo. Choć motyw to nie nowy w powieści milicyjnej, swoje apogeum znalazł dopiero w postaci słynnego rektora Maja (serial "Życie na gorąco") tropiącego afery międzynarodowe o atomowej skali. Redaktor Magórski przed wojną pisał teksty kryminalne (jak się możemy domyśleć w "Tajnym detektywie"). Teraz jest skromnym depeszowcem, ale okoliczności sprawiły, że odżyła w nim dawna smykałka. Milicjanci usiłują, jak to zwykle oni, odnaleźć sprawcę poprzez przesłuchiwanie dziesiątek podejrzanych i powolne, acz nieubłagane zacieśnianie kręgu podejrzanych. Magórski z kolei tropi wykorzystując zmysł reporterski i analogie - szukając podobnie dokonanych zbrodni w przeszłości. W ten sposób trafia na Targówek: "Okolice ulicy Tykocińskiej, Piotra Skargi, Smoleńskiej i Pratulińskiej na dalekim Targówku szczycą się tymi samymi brukami i płotami, co przed dwudziestu laty. Do dziś sączą tam swe światło gazowe latarnie". Łza się w oku kręci. Nieopodal Smoleńskiej - na Oszamiańskiej uczęszczałem do słynnego XIII Liceum Ogólnokształcącego. Nie ma tam już kocich łbów, ale ja je jeszcze pamiętam. Zniknęły zresztą dopiero kilka lat temu, zalane asfaltem. Mimo upływu kilkudziesięciu lat są jeszcze na Targówku rejony, które niemal nie zmieniły się od czasów powieści Budrewicza. Można jeszcze znaleźć i kocie łby, i drewniane budynki, i charakterystyczne dla nich płoty. Coraz bardziej jednak nikną wśród nowych bloków. Z Targówka przenosimy się na chwilę w samo centrum Pragi - na ulicę Targową do restauracji, której nazwa nie pada. Może ktoś będzie wiedział: "Kilkanaście stolików nakrytych kolorowym papierem. Żarówki popstrzone przez muchy. Dziewczyna w kitlu, który kiedyś był biały. W karcie potraw, napisanej kolorowym ołówkiem, kotlet schabowy i golonka (Szef kuchni poleca)." Co pijano i jedzono pod to picie w niższych sferach przestępczych Anno Domini 1957: "Byli na gazie. Kupili pięć butelek węgierskiego wina i kilka paczek herbatników." W finale dwie nitki śledztwa zbiegają się i okazuje się, że zarówno dziennikarz jak i milicjanci dopadają sprawców ponurego morderstwa na ekspedientce - każdy na swój sposób. I to jest nad wyraz pozytywna konkluzja... Gustaw Czerwiński ¤¤¤
Furmanki mknące Targową Kto jeszcze pamięta furmanki mknące ul. Targową oraz rozchlapujące się na tej ulicy błotne bajora? Ach, gdzie te czasy.
Wystarczy zajrzeć do książki Władysława Jarnickiego "Trzy białe goździki" z 1962 roku. Mamy tu aferę szpiegowską i niestrudzonego kapitana Huberta Grena na jej tropie. Powieść wyróżnia się na tle gatunku kryminalno-milicyjnego wartką fabułą i szybkimi zwrotami akcji. Przedstawiciel prawa i szpiedzy inwigilujący naszą ojczyznę walczą tu na śmierć i życie nie przebierając w środkach. Czego tu nie ma. Tytułowe goździki kładzione na cmentarnej płycie jako znak pozostawienia tajnej wiadomości, strzelanina we mgle, próba zabicia dzielnego stróża prawa najpierw za pomocą śmiertelnego zastrzyku, a następnie wrzucenie granatu przez okno szpitalnej izolatki. Jak na polską powieść sensacyjną tempa i gęstości wydarzeń jest tu tyle, co w fabule Jamesa Bonda. Trudno oderwać się od lektury. Miało być jednak o Pradze. Jak pamiętamy słynna furmanka mknęła Targową w filmie "Miś" wioząc żyjących z rozlicznych lewizn węglarzy. Jednak już w czasach tego filmu furmanka była na tak centralnej ulicy Pragi pojazdem nieco zabytkowym. Co innego u Jarnickiego: "Wsiadajcie, kapitanie, podwiozę was do domu. Ruszyli... Tłum przelewał się Targową, rozdeptując na chodnikach lepkie, ciastowate błoto. Samochód co chwila zwalniał biegu, by po wyminięciu jednej z wielu człapiących furmanek ruszyć dalej." W "Trzech białych goździkach" jeżeli ma się pojawić trup, to oczywiście okazuje się, że jest to na Pradze. Szeroko pojętej Pradze. Tak więc ciało kobiety należącej do siatki szpiegowskiej zostaje znalezione na Wale Miedzeszyńskim. Mrożącego krew w żyłach znaleziska dokonuje także niejaki starszy sierżant Lizoniak. Spójrzmy tylko: "Ulicą Mokrą (obecnie dzielnica Targówek - przyp. red) wracał do domu po służbie dzielnicowy, starszy sierżant Lizoniak. Dochodziła osiemnasta. Deszcz wciskał się za kołnierz, zacinał w twarz. (...) W pewnym momencie potknął się o leżącego mężczyznę. - Co za cholera! Na taką pogodę uchlał się jak bydlę! (...) Dotknął ręką policzka. Zimny. Pomacał puls. Nie bił. Trup. Lizoniak pobiegł w kierunku Radzymińskiej. Z urzędu pocztowego zadzwonił do komendy milicji na Cyryla i Metodego". Jak więc widzimy Praga pozostaje dla wielu autorów obszarem dla wspaniałej penetracji literackiej. Samo podanie nazwy ulicy często wystarcza, by nadać akcji odpowiedni klimat. Targowa zaś i Radzymińska należą do ulic dosyć często pojawiających się na kartach rozmaitych powieści milicyjnych. Znaczy to jedno. Ich urok był niezaprzeczalny. Teraz koloryt ten już przyblakł. Widać jednak jeszcze gdzieniegdzie czasy dawnej, niebezpiecznej świetności. Gustaw Czerwiński
Trop wiedzie na Radzymińską Twórcy wydawanych w czasie PRL-u polskich powieści kryminalnych z lubością umieszczali przynajmniej wycinek akcji swoich utworów na Pradze.
Dzielnica ta zawsze miała i ma do dziś swój specyficzny koloryt stanowiący znakomite tło dla literatury. Zapewne tego zdania był także Antoni Armand pisząc "Człowieka z lustra". Książeczka ta wydana została w 1958 roku w serii Labirynt. Porucznik Brodzki (imienia oficera niestety nie poznajemy, gdyż jest to jeden z wielu bezimiennych oficerów pilnujących ładu i porządku) ma niełatwe zadanie. Musi wyjaśnić sprawę zniknięcia wyrobów jubilerskich ze skarbca firmy "Jubiler". W samej kradzieży nie byłoby nic dziwnego. Te przecież się zdarzają. Rzecz w tym, że domniemany sprawca był w tym czasie zupełnie gdzie indziej. Wielu świadków widziało go jednak w dwóch miejscach jednocześnie. Kto więc ma rację w tej plątaninie niejasności? Jeden z tropów wiedzie na ul. Radzymińską. Tu mieszkał jeden z podejrzanych. "Jeden z lokatorów mieszkania na ulicy Radzymińskiej - choć według agentów wyglądał on inaczej niż według relacji ogrodnika - był aktorem w objazdowym zespole". Dowiadujemy się, że mieszkał w wielkiej i ruchliwej kamienicy. Dozorca nie był jednak w stanie specjalnie pomóc organom ścigania: "Iluż to mężczyzn każdej nocy wychodzi stąd po zamknięciu bramy, ho. Kto by tam każdego z nich pamiętał." Teraz mało się słyszy o zamykanych bramach, więcej za to o strzeżonych osiedlach. Co za czasy. Z opisu mieszkania na Radzymińskiej możemy się domyślać, że jest to lokal komunalny, jakie i dziś jeszcze można spotkać w starym praskim budownictwie: "Alfred Zieliński mieszkał w kawalerce bez kuchni. Pokój czysty. Urządzony bardzo skromnie. Dużo fotografii sławnych aktorów pineskami przytwierdzonych do ścian". Rozstrzygnięcia śledztwa oczywiście nie zdradzę. Muszę jednak stwierdzić, że pomysł mimo że nie nowy, byłby nad wyraz aktualny również współcześnie. Gustaw Czerwiński
Czar kocich łbów Autorzy słynnych w latach 70-tych kryminałów milicyjnych lubili zapuszczać się choćby na chwilę na Bródno. Zwykle tu właśnie rozgrywa się jakiś ważny fragment akcji.
Nie inaczej dzieje się w powieści Barbary Nawrockiej "Zatrzymaj zegar o jedenastej". Autorka niemal z czułością i pietyzmem opisuje Bródno zauważając szybkie zmiany zachodzące na osiedlu. Zwróćmy uwagę na piękny opis wprowadzający w akcję utworu: "Wysiadł z dwójki i stanął na krawędzi chodnika. Tramwaj mijał go zgrzytając, punkciki oświetlonych okien oddalały się, znacząc drogę w pustym wąwozie ulicy. Migotały tam coraz niklej, jak luki statku zanurzającego się w morską mgłę." Tramwaje linii numer 2 nadal jeżdżą na Bródno choć nieco inną trasą. Książka powstała na przełomie lat 60. i 70. Wtedy pętla znajdowała się na ul. Wysockiego. Został tam zresztą zachowany fragment torów, kilka słupów trakcyjnych oraz odcinek starego bruku. O bruku tym też zresztą możemy poczytać u Nawrockiej. Już wtedy jednak szło nowe. "Niczego nie można poznać. Aha, położyli asfalt. Dawniej całe Bródno było zabrukowane kocimi łbami". To prawda, kocich łbów ubywa z roku na rok. Można jeszcze jednak znaleźć ulice, gdzie się zachowały. Po wprowadzeniu w nastrój osiedla, autorka popycha akcję. Dość powiedzieć, że szybko dochodzi do zbrodni. Zastrzelony zostaje zegarmistrz. Śledztwo prowadzi kapitan Korda, jeden z setek kapitanów i poruczników zapełniających powieści milicyjne. Kapitan Korda jest oficerem o dużej skłonności do refleksji. Często mamy okazje poznać jego myśli, gdyż narrator zaznajamia nas z monologami wewnętrznymi stróża prawa. Nie mogę oczywiście zdradzić, kto jest sprawcą morderstwa i dlaczego zostało popełnione. W każdym razie ślad prowadzi w przeszłość. Przed Czytelnikiem mroczna tajemnica. Bródno wcale nie stanowi jedynie dalekiego tła powieści. Świadczy o tym fakt, że pojawia się w kartach książki Nawrockiej ponownie. Autorka zwraca uwagę na dosyć silną więź międzyludzką scalającą mieszkańców osiedla. "W okolicach ulicy św. Wincentego nie trzeba chodzić do Dzielnicowej Rady Narodowej. Wystarczy spytać wystających przed bramami nastolatków, gdzie ktoś ma jakiś warsztat. Na Bródnie ludzie się ciągle jeszcze ze sobą znają, a w każdym razie większość mieszkańców tej dzielnicy wie sporo o sobie". "Zatrzymaj zegar o jedenastej" czyta się z pewnym rozrzewnieniem i nostalgią. Sam przecież chodziłem do liceum przy ul. Oszmiańskiej w czasach, gdy były tam kocie łby. Czas jednak płynie nieubłaganie. Teraz mamy asfalt. Całe szczęście wieczorne światełka w oknach tramwaju pozostają niezmienne. Gustaw Czerwiński
Uwieczniona Topolowa Ulica Topolowa nie dość, że składa się obecnie z dwóch nie łączących się ze sobą fragmentów, to jeszcze została uwieczniona w literaturze. Kryminalnej wprawdzie, ale zawsze.
Otóż Topolowa pojawia się przez chwilę na łamach pierwszej książki Joanny Kłodzińskiej "Śledztwo prowadzi porucznik Szczęsny". Na Topolowej właśnie mieszka jedna z krewnych ofiary morderstwa popełnionego w kamienicy w centrum Warszawy. Nowa Topolowa to oczywiście nowoczesne osiedle, stara to przeszłość Białołęki. Przeszłość z czasów, kiedy ludzi bardziej określał fach niż osobowość, np. "Żurawska, eskpedientka z MHD. Równa kobita, nie mogę powiedzieć. Jak masła nie było, to zawsze mojej starej ćwiartkę odłożyła. Szkoda, że się wyprowadza." Cóż, masła nie trzeba odkładać, zresztą w modzie jest bardziej margaryna. Rzadziej też chyba mężowie mówią o swojej połowicy per "moja stara". To pieszczotliwe określenie wydaje się archaizmem. Akcja skupia się oczywiście głównie na przebiegu tytułowego śledztwa prowadzonego przez etatowego bohatera Kłodzińskiej, porucznika Szczęsnego. Milicjant ten prowadzi m.in. takie rozważania: "Czy zbrodni nie mogła dokonać Marta Saćko, kobieta ponura jak noc i silna jak mężczyzna". Narrator z całą mocą nadaje porucznikowi wiele powabu. O proszę: "Szczęsny miał tyle osobistego uroku w uśmiechu i wyrazie oczu, że aż trudno było się na niego gniewać". Ze stron powieści co i raz wychodzi mimochodem prawda o trudnościach z aprowizacją: "Dziwna troskliwość, jak na człowieka, który wali oficera milicji boczkiem po głowie". Z kolei nieco dalej: "Śledząc zabójcę Kowalikówny spłoszył przypadkowo handlarzy, prawdopodobnie słoniną". Zapewne dziś już handlarze słoniną nie daliby się tak łatwo spłoszyć. Narrator z troską pochyla się nad ciężką pracą kobiet: "Weszła Drewniakówna. Drobna, prawie filigranowa, o jasnych włosach i oczach dziecka, robiła wrażenie porcelanowej laleczki, a nie robotnicy przy tokarce". Niech jednak postacie kobiet nie przesłaniają nam tego, co najważniejsze - śledztwa i wykrycia sprawcy, do czego oczywiście dochodzi. Rzecz jasna Szczęsny chciałby, żeby wszystko szło szybciej, no i żeby nikt niewinny nie ucierpiał. Stąd refleksja: "Każdy dzień, każda godzina, którą podejrzany, a może niewinny człowiek przebywa w areszcie, obciąża jego milicyjne sumienie". Gustaw Czerwiński
Kolanek, rakiety i praski urok Praga Północ i Targówek to rejony, do których z nieskrywanym sentymentem odnosili się autorzy powieści milicyjnych. Szczególnie chętnie zapuszczał się tu Jerzy Edigey.
W oczach pisarza były to tereny ubogie, ale mające swoją legendę. W powieści "Żółta koperta" major Eugeniusz Tomorowski buszuje po prawobrzeżnej Warszawie. Tu m.in. szuka śladów... siatki szpiegowskiej, której zadaniem jest ograbienie naszego kraju z wielkiej myśli technicznej. Tym razem chodzi ni mniej ni więcej tylko o projekty związane z wynalezieniem paliwa stałego do rakiet. "Major Tomorowski dojechał tramwajem do ostatniego przystanku. (...) Tu tylko z rzadka migotały latarnie. Wąskie chodniki, kocie łby na jezdni i niewielkie domki, często jeszcze drewniane. (...) Takie przedmieścia, jak Targówek, Bródno, Kamionek czy słynne Wiechowskie Szmulki szerokim pasem otaczały prawobrzeżną Warszawę". Do prawobrzeżnego pejzażu dochodzą jeszcze intrygujące obserwacje obyczajowe. Wszystko to razem daje rzeczywiście rakietową mieszankę: "Czarna limuzyna skierowała się ku śródmieściu Pragi. Taksówkarz, który widocznie nieraz już odbierał od zazdrosnych żon i dziewczyn podobne polecenia, zręcznie manewrował między innymi wozami". Już Edigey uważał, że kierowcy dzielą się na dwie grupy - taksówkarzy i całą resztę. Intryga powieści rozpoczyna się zaś od pewnego podejrzanego włamania. Wykonawca zlecenia - kasiarz o ksywie Kolanek - jest na tyle zdziwiony wynikiem pracy, że postanawia poinformować o tym... kapitana Naciejewskiego. Jak się łatwo domyślić panowie znają się od lat. Milicjanci i przestępcy darzyli się trudną do zdefiniowania wzajemną sympatią. Tak przynajmniej wyglądało to w powieściach milicyjnych. W każdym razie Kolanek to honorny gość, dlatego musi być z Pragi. Ginie zaś przejechany z premedytacją przez ciężarówkę (marki niestety nie znamy) na Radzymińskiej. Już ponad 30 lat temu była to, jak zaznacza autor "Żółtej koperty" ruchliwa, wylotowa ulica. Gustaw Czerwiński ¤¤¤ Jerzy Edigey, Żółta koperta, Wydawnictwo "Śląsk", 1970, seria z Tukanem.
Mityczne miasto Jedna z pierwszych powojennych powieści kryminalnych w jakiś sposób odnosząca się, przynajmniej w sensie mentalnym, do swoich czasów, to "Następny odchodzi 22.25" Piotra Guzy.
Pierwsze wydanie książki o szpiegowskiej działalności pewnego inżyniera ukazało się w roku 1955. Powieść jest nietypowa na tle gatunku z uwagi na pokaźną warstwę psychologiczną i drobiazgowość opisu emocji bohaterów. Ciekawy jest także obraz miasta, mimo wyzucia ze szczegółów topograficznych. Liczy się jednak klimat i atmosfera, w którą można się wspaniale wczuć. W książce pojawia się tylko jedna nazwa ulicy - Strzelecka. To tutaj zmierza główny bohater na spotkanie z kobietą. Tuż przed próbą ucieczki. Musi zdążyć na tytułowy pociąg o 22.25. Możemy, choć nie wprost domyślać się, że będzie odjeżdżał z Dworca Wschodniego. Tam bowiem podstawiają skład. "Szedł w kierunku dworca. Pociąg powinien być już podstawiony. Lepiej tam jeszcze nie wchodzić: zaczeka na zewnątrz. Stanął przy kiosku z papierosami i rozejrzał się wokoło. Odjeżdżały i przyjeżdżały taksówki. (...) Z ulicy dochodził turkot tramwajów". Pełen dylematów wewnętrznych inżynier zamierza uciekać najpierw do Szczecina, a potem wyjechać z kraju. Jest ściągany zarówno przez swoich mocodawców, dla których stał się niewygodny, jak również przez organa bezpieczeństwa. Utrzymana w tonie refleksyjnym książka kończy się burzliwą rozgrywką w pędzącym (chociaż to może zbyt bujne, jak na możliwości PKP określenie) pociągu. Wiemy, że przestępca, nawet ten z rozterkami nie może ujść sprawiedliwości. Z sympatią wypowiadał się o powieści Marek Hłasko w jednej ze swych młodzieńczych recenzji dla "Po prostu". Pisał m.in.: "To pierwsza, choć jeszcze niezbyt udana, nie pozbawiona naiwności i uproszczeń, próba pokazania pracy naszego Bezpieczeństwa. Ta ciężka i żmudna praca znalazła dotychczas zaledwie znikome odbicie w literaturze". Po prawdzie pracownicy organów nie są wcale głównymi bohaterami powieści. Pojawiają się późno i cały czas pozostają na drugim planie. Wszystkim, którzy chcą sobie wyrobić własne zdanie na ten temat polecam lekturę. W wakacje jest zwykle więcej wolnego czasu i można odwiedzić bibliotekę. Gustaw Czerwiński ¤¤¤ Piotr Guzy, Następny odchodzi 22.25, Wydawnictwo MON, Warszawa 1955.
Targowa w oku cyklonu Z ulic prawobrzeżnej Warszawy najbardziej w polskich powieściach kryminalnych została zapewne utrwalona Targowa. Trudno jednak doszukać się jej dokładnego opisu.
Targowa występuje raczej jako symbol swoistego folkloru. Jest znakiem, punktem odniesienia, skrótową informacją sugerująca, iż znajdujemy się w... najciekawszej części stolicy. Nie inaczej jest w powieści Jacka Wołowskiego "Porwano dziecko", wydanej w 1958 roku w słynnej serii Labirynt. Głównym motywem jest tu kidnaping. Przy okazji autor wprowadza nieco Czytelnika w życie półświatka. Spójrzmy, jak widział Wołowski Targową przed ponad 40 laty: "W tym samym czasie do jednej z bram przy ulicy Targowej wchodzi dwóch mężczyzn. Mijają śpiącego we wnęce pijaka i kierują się na klatkę schodową. Klatka jest ciemna, więc idąc świecą sobie latarkami". Fragment ten nie na darmo napisany jest w czasie teraźniejszym. Można by go spokojnie przenieść do współczesności, gdyż nic nie stracił ze swej prawdy i znakomicie broni się dzisiaj. Wspomniani mężczyźni to milicyjni agenci, którzy odważnie nachodzą przestępczą melinę. Padają strzały, całe szczęście nikt nie ginie. Jeden z milicjantów musi się natomiast mocować z damą od której "zionie alkoholem". Reakcja mieszkańców na te ekscesy jest spokojna, przecież to Praga. Gromadzą się gapie: "Koło klatki schodowej stoją dwie kobiety w paltach zarzuconych na nocną bieliznę i słuchają". Więcej jest więc ciekawości, niż obawy. Nikogo nie dziwi strzelanina. Padają natomiast fachowe uwagi na temat ewentualnego użytkownika pistoletu: "- Strzelają - mówi jakaś babina przytupując w miejscu. Ma pantofle włożone na bose nogi. (...) - To na pewno Kołek - wtrąca młoda dziewczyna w płaszczu zarzuconym na jaskrawy szlafrok w kwiaty". Wszystko jest więc jasne i oczywiste, przynajmniej dla mieszkańców kamienicy. Można nawet odnieść wrażenie, że strzelaniny odbywają się tu codziennie między kolacją, a pójściem na spoczynek. Przypomnijmy, że telewizja w roku 1958 nie była w Polsce zjawiskiem powszechnym. Dopiero raczkowała. Zatem panie w płaszczach zarzuconych na szlafroki nie mogły się jeszcze delektować liczącymi tysiące odcinków serialami. Korytarzowa pogawędka z okazji strzelaniny znakomicie je zastępowała. Jeden z przestępców wymyka się z kamienicy i ucieka w stronę Ząbkowskiej. Dzielny stróż prawa w cywilu podąża w ślad za nim, zostaje jednak ranny. Tymczasem strzelający dryblas niknie w mrokach ulicy. Zaraz jednak nadjeżdża wóz milicyjny i po chwili pada komunikat: Tu alfa, tu alfa (...) Potrzebny jest pies z przewodnikiem na róg Ząbkowskiej i Targowej.". Poszukiwania mężczyzny z rewolwerem stają się coraz bardziej gorączkowe. Komendant komisariatu (narrator nie podaje którego) podejmuje mocną decyzję: "Głos operatora brzmi beznamiętnie - z rozkazu komendanta wszystkie wozy na Targową." Tak. Na tej ulicy zawsze dużo się działo. Nic więc dziwnego, że właśnie na Targowej mieściła się redakcja "Echa" od chwili powstania. Gustaw Czerwiński
Facet z volkswagenem Anna Kłodzińska jest niekoronowaną królową polskiego kryminału milicyjnego. Akcja większości z niemal 30 utworów tej pisarki rozgrywa się w Warszawie.
Większość niestety w lewobrzeżnej części miasta. Dlatego z wielką radością odnotowuję fakt, że w późnej powieści Kłodzińskiej "Zemsta Wilka" (1991 rok) pojawia się ulica Targowa. Fabuła jest prosta. Ktoś likwiduje mężczyzn w sile wieku. Za każdym razem chodzi o posiadaczy... szarych volkswagenów. Szybko wyjaśnia się, że to zdradzony małżonek poluje na gacha swej nadobnej. Raz tylko go jednak widział i to ze sporej odległości. Wie tylko, że to posiadacz szarego volkswagena. Stąd ofiarą padają mężczyźni, których jedyną winą jest posiadanie feralnego pojazdu. I tak pewnie zginęliby wszyscy posiadacze szarych niemieckich aut tej marki w Warszawie, gdyby do akcji nie wkroczył podpułkownik Szczęsny. Jeden z rzeczonych pechowców mieszkał na Targowej i był z zawodu budowlańcem. Przyjrzyjmy mu się przez chwilę w momencie, gdy wraca do domu z przygodnie poznana kobietą. "Mężczyzna kierujący szarym volkswagenem zatrzymał go przed dużą starą kamienicą na Targowej - Tu mieszkasz? - spytała dziewczyna. Skrzywiła nos, wolałaby willę na Żoliborzu (jak w ogóle można dywagować o wyższości żoliborskich willi nad praskimi kamieniczkami - przyp. red.). - Taka odrapana kamienica. - Ale w środku ładnie - zapewnił ją wskakując na chodnik. - Zobaczysz jak sobie urządziłem! Jest wszystko, co trzeba: telewizor Sony, dwie kolumny głośnikowe, magnetowid, mnóstwo kaset. W lodówce mam rozmaite żarcie i alkohol. - A tapczan? - spytała z chichotem - Wygodny chociaż?" Po dalsze szczegóły zapraszam do książki. Jak widzimy z tego wstępu niepowtarzalny klimat ulicy Targowej i jej starych, odrapanych kamieniczek tylko pozornie jest mało pociągający. W rzeczywistości zaś sprzyja romantycznym uniesieniom i rozbudza zmysły. Serce Pragi pojawia się w powieści jeszcze kilkakrotnie. To tu działa jeden z najlepszych w mieście producentów fałszywych paszportów Heniek, znany jako "Artysta". Jego konkurentem z dzielnicy jest Waldek "Łokieć". Organa ścigania nieomylnie obstawiają Heńka. Jego żona pełniąca rolę pomocniczki spotyka się z pośrednikiem mającym dostarczyć niezbędne materiały, w barze trzeciej kategorii "Pod świnką". Narrator dodaje w tym miejscu, że prawdziwa nazwa lokalu jest zupełnie inna (nie pada jednak). Może ktoś z Czytelników kojarzy o jaki lokal może chodzić? Opis jest, ale skąpy i nie daje pełnej wiedzy o panującej w lokalu atmosferze: "W barze był tłok, szaro od dymu, rejwach jak na targowisku. Magda znała tu większość gości, pozdrawiała ich kiwnięciem dłoni albo uśmiechem". Autorka skąpi dokładniejszych informacji, pozostawiając duży niedosyt i sporo miejsca na domysły. Praga potraktowana została w "Zemście Wilka" w sposób zupełnie folklorystyczny i po macoszemu. Można nad tym oczywiście ubolewać, ale nie przesadzałbym. Nie ma innego zakątka w stolicy, który by tak się wyróżniał i nawet w kryminale Anny Kłodzińskiej to widać. Jedno jest natomiast pewne. Właściciele szarych volkswagenów już się tak nie wyróżniają z tłumu kierowców, jak kiedyś. Nawet na Pradze. Powinni więc czuć się bezpieczniej. Gustaw Czerwiński ¤¤¤
Anna Kłodzińska, Zemsta "Wilka", Wydawnictwo MON, Warszawa 1991, seria
Labirynt, nakład
Błękit, czyli turecki Już w latach 80-tych autorzy rodzimej powieści kryminalnej zwracali uwagę na nienajlepszy stan nawierzchni stołecznych ulic. Szczególnie zaś tych położonych po prawej stronie Wisły.
"Biało-niebieski polonez omijał liczne wyboje. Patrolowa służba na przedmieściach prawobrzeżnej Warszawy nie należała do zbyt atrakcyjnych" - tak zaczyna się powieść Romana Jarosińskiego "Kolekcjoner" z 1988 roku. Były to piękne czasy, gdy kwiat młodzieży ubierał się w Rembertowie, na Skrze i na bazarze. Nie pada wprawdzie jego pełna nazwa, ale możemy się domyślać, że chodzi o najsłynniejszy z warszawskich bazarów. Rzeczywiście, pani Renata przesłuchiwana przez porucznika Wierzchowskiego, wyglądała niezwykle wytwornie. Porucznik był świadom kosztów, jakie trzeba ponieść, by wyróżniać się modnym strojem i zbijało go to nieco z tropu. Całe szczęście tylko w pierwszej chwili. "Zrzuciła szarobłękitny, luźny płaszcz z mięciutkiej cielęcej skóry i została w wełnianej spódnicy w kratę i puszystym swetrze w kolorze tureckiego błękitu. W powietrzu unosił się subtelny zapach Diora". Jak więc widzimy (i czujemy) porucznik był pod wrażeniem. Pani Renata zaś była świadoma swej mocy, gdy więc wyjęła z torebki paczkę lexingtonów stwierdziła: "Nie częstuję pana, bo pewnie przyzwyczajony jest pan do klubowych." Zachodziła obawa, że porucznik poniesie klęskę w tej szermierce słownej. Czy Wierzchowski był przygotowany na odparcie tak jawnego ataku? Czy był zdolny do szybkiej i odpowiednio wyrafinowanej riposty? Oczywiście, że tak. Kontratakował na całej linii z ogromnym sukcesem: "I tu się pani myli. Palę tylko popularne, ale wcześniej dzielę na pół, bo to oszczędniej." Tym sposobem honor stróża prawa został uratowany. Dodać w tym miejscu można, że uposażenie milicjantów jest podobne do uposażenia policjantów. Dlatego do pracy w resorcie chyba zawsze garnęli się przede wszystkim idealiści, a nie dorobkiewicze. Śledztwo w powieści "Kolekcjoner" prowadzone jest w związku z morderstwem na osobie handlarza dzieł sztuki. Szybko dowiadujemy się, że prowadził on bardzo podejrzane interesy. Jedna z nitek śledztwa wiedzie na ul. Brzeską. Dociera tu wywiadowca Malik. Jego zadaniem jest dotarcie do pani Zofii znanej jako "Palma". Sprawa nie była łatwa i wymagała przełamania oporów psychologicznych mieszkanki ul. Brzeskiej: "Niechętnie przyjęła przedstawiciela władzy. Z miną obrażonej księżniczki poprawiła wypłowiały i nie pierwszej już czystości szlafrok i wpuściła sierżanta do małego pomieszczenia. Malik rozglądał się po pokoju, szukając jakiegoś sprzętu, na którym mógłby bez obawy usiąść. Nie nadawało się do tego szerokie, zawalone dawno nie zmienianą pościelą łóżko, ani połamany, z wystającymi sprężynami fotel". Na tym oczywiście nie skończyły się problemy sierżanta Malika. Jak już usiadł, to chciał położyć gdzieś notes. Tu pojawił się kolejny kłopot. Nie muszę chyba jednak nikogo przekonywać, że wkrótce dzielny stróż sprawa znalazł satysfakcjonujące rozwiązanie. Spieszę także wyjaśnić, że śledztwo zakończyło się wykryciem sprawcy. Gustaw Czerwiński
Roman Jarosiński, Kolekcjoner, Wydawnictwo MON, Warszawa 1988, seria Labirynt,
nakład
Kurs na Pelcowiznę Czy ktoś pamięta czasy, kiedy ulica Toruńska nie kojarzyła się z Bródnem, tylko z Pelcowizną?
Wystarczy sięgnąć do powieści kryminalnej Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego "Zbrodnia na Cyrhli Toporowej", by uświadomić sobie jak szybko zachodzą zmiany. Książka ukazała się w 1971 roku. Główny bohater Jacek, zostaje zamieszany w morderstwo popełnione w okolicach Zakopanego. Obok wątku kryminalnego występują także silne treści obyczajowe. Krytykuje się mianowicie zdradę małżeńską. Nie będę wyjaśniał jak panu Jackowi udaje się wywikłać z tych wszystkich problemów, polecam książkę. Tu interesuje nas wyłącznie wątek, by tak rzec, lokalno-pelcowizniany. Jacek zostaje poproszony o wizytę na ul. Toruńskiej w ramach przyjacielskiej przysługi. Wtedy po raz pierwszy pada nazwa ulicy: - Gdzie jest Toruńska? - zainteresowała się Ewa" (żona Jacka - przyp. red.). - Na Pelcowiznie". Nie koniec na tym. Jacek udaje się pod wskazany adres, co nie okazuje się wcale zadaniem prostym. Taksówkarze z niechęcią, zgrozą i przestrachem reagują na hasło Pelcowizna. "Na przystanku stał tylko jeden wóz. Tęgi taksówkarz krytycznym wzrokiem obrzucił kandydata na pasażera. - Dokąd mam jechać? - spytał niezachęcająco. - Na Pelcowiznę, na Toruńską. - Na Pelcowiznę nie jadę. Mogę jechać na Ochotę. Odpowiada panu? - Jeżeli mam interes na Pelcowiznie, to nie mogę jechać na Ochotę, tłumaczył łagodnie Jacek, nie chcąc rozdrażniać niezadowolonego kierowcy". Gdzie te czasy, kiedy potulny, wylękniony pasażer pytał kierowcę, czy zostanie zawieziony we wskazane miejsce i z drżeniem serca oczekiwał odpowiedzi. Teraz, w czasach "rozpasanego" wolnego rynku to taksówkarze walczą o pasażerów. Ponoć taksówek mamy w Warszawie dużo za dużo. Na pewno więc dojedziemy wszędzie, gdzie mamy ochotę. Możemy zostać co najwyżej przekręceni na parę złotych, jeżeli kierowca jest nieuczciwy. Co było dalej? "Dopiero czwarty kolejny szofer zgodził się jechać na Pelcowiznę. Jacek starał się mu przypodchlebić, poczęstował go papierosami, zabawiał dowcipną rozmową. Bał się, żeby człowiek za kierownicą nie rozmyślił się po drodze i nie nabrał chęci, żeby zawieść go na Wolę". Jackowi udało się więc pokonać wszelkie trudności i dotrzeć na Toruńską. Autor nie podaje do jakiego budynku. Weźmy jednak pod uwagę fakt, że wówczas osiedle Bródno dopiero powstawało. Mógł to być któryś ze starych domów. Istniały już wówczas także budynki przy ul. Toruńskiej 76, 78, 80 i 82. Raczej chyba jednak jest mowa w powieści o starym budownictwie. "Strome i bardzo brudne schody nie wyglądały zachęcająco. W powietrzu zapach mydlin, kiszonej kapusty i smażonego dorsza". Widać więc, że bohater dotarł pod wskazany adres w porze obiadu. Wyjaśnię także, że wrócił do domu o własnych siłach i nie został napadnięty. Zachęcam do lektury. Gwoli uzupełnienia dodam tylko, że na współczesnych planach Warszawy Pelcowizna zajmuje obszar między ul. Jagiellońską, Trasą Toruńską i torami kolejowymi linii na Legionowo i Nasielsk. Przesunęła się jakby. Na szczęście o nazwie niegdyś ważniejszej od Bródna, przypomina wielkimi szyldami sieć sklepów spożywczych Wiesława Gilera. Gustaw Czerwiński ¤¤¤
Zygmunt Zeydler-Zborowski, Zbrodnia na Cyrhli Toporowej, Wydawnictwo Czytelnik,
Warszawa 1970, seria Z Jamnikiem, nakład
Urszula Milc-Ziembińska, Śmierć wśród chryzantem,
Warszawa 1977, seria Czerwona Okładka, nakład
Zasadzka na Kondratowicza Czy ktoś pamięta, jak wyglądał rejon ul. Kondratowicza w roku 1977? Jeżeli nie, to polecam powieść kryminalną Urszuli Milc-Ziembińskiej "Śmierć wśród chryzantem".
Znajduje się w niej bowiem wątek bródnowski. Tu następuje kulminacja całej intrygi i triumf organów ścigania - tu zasadzkę na mordercę postanowił przygotować dzielny kapitan milicji. Wbrew pozorom wcale nie na cmentarzu. Jako przynęta na mordercę Ludwika Zarzyckiego został wykorzystany przyjaciel jego niedoszłej małżonki. Zgodnie z instrukcjami wsiadł na Dworcu Centralnym do autobusu linii "M". Zapewne dorośli mieszkańcy Bródna pamiętają, że była to słynna linia pospieszna zdegradowana jakiś czas temu na zwykłą "127" (łza się w oku kręci). Autobus, informuje narrator, minął rondo Starzyńskiego i coraz bardziej pusty zbliżał się do pętli. "Chłopak w beżowym futrze wysiadł jako jeden z ostatnich. Wraz z nim opuściło autobus dwóch podchmielonych mężczyzn. Mżył drobny deszcz. Ulica Kondratowicza, którą szedł chłopak oraz dwaj pijani, była cicha i prawie pusta. Również pobliskie osiedle robiło wrażenie wymarłego". Proszę zwrócić uwagę, że podchmieleni mężczyźni dwa zdania dalej zamieniają się w pijanych. Tu zapewne autorka dokonuje skrótu myślowego oczywistego dla wprawnego czytelnika. Musi to oznaczać jedno, że mężczyźni konsumowali alkohol w autobusie oraz po wyjściu z niego. Rasowego bródnianina to oczywiście nie powinno dziwić. Co innego teraz. Teraz nie wolno konsumować alkoholu w miejscach publicznych, więc również w środkach komunikacji miejskiej. Wszyscy o tym wiedzą i ściśle się do rygorystycznych przepisów stosują. Szczególnie zaś na liniach nocnych. Polecam przejażdżkę. Cóż jednak dalej z naszym młodzieńcem? "Chłopak przeszedł kilkanaście metrów prosto brnąc w kałużach rozkopanego chodnika, potem skręcił w prawo, wzdłuż ogrodzenia okalającego budujące się pawilony handlowe. (...) Przeszedł kilka kroków i potknąwszy się na niespodziewanej przeszkodzie, runął jak długi w błoto przy dużej stercie desek." Wtedy właśnie idący za nim krok w krok morderca postanowił zaatakować, ale plac budowy rozświetlił się blaskiem milicyjnych reflektorów. Niedoszły zabójca wpadł w zasadzkę zastawioną przez kapitana milicji i jego współpracowników. Dla nas jednak ważne jest przede wszystkim to, że mrożące krew w żyłach wydarzenia osadzono w scenerii Bródna czasów późnego Gierka. Osiedle zostało ukazane jako ponury plac budowy. Nie dość, że wyglądało na wymarłe, to jeszcze można było się niespodziewanie przewrócić prosto w błoto. Takie były początki nowoczesnego Bródna. Minęło ćwierć wieku i mamy metropolię nie do poznania. Swoją drogą - jak ten czas leci. Gustaw Czerwiński
Ach, ten Targówek Targówek dzisiaj nie jest już tym samym Targówkiem, co kiedyś. Wystarczy zajrzeć do powieści kryminalnej Jerzego Edigeya "Sprawa dla jednego", wydanej w 1978 roku.
Akcja utworu rozgrywa się w dużej mierze w spółdzielni Pomoc Budowlanym na Targówku Przemysłowym oraz na budowie Trasy Toruńskiej. Wiemy już dlaczego ta arteria komunikacyjna tak długo powstawała, a w zasadzie jeszcze powstaje. Mianowicie szajka przestępców wykradała, a następnie sprzedawała na wolnym rynku środek przyspieszający schnięcie betonu. Stąd powstawały duże opóźnienia, a kierownik jednego z odcinków budowy, który wykrył przestępstwo musiał przypłacić to życiem. Został potraktowany dwukilogramowym odważnikiem. Już nie na Targówku wprawdzie, tylko w Śródmieściu. Tak, pod względem tym najcięższych przestępstw Targówek uchodził za bezpieczniejszy rejon niż niektóre inne obszary w Warszawie. Potwierdzenie znajdujemy w dalszej części powieści. "Sam pan wie, poruczniku, że ludzie z Targówka po pijaku, w bójce, potrafią kogoś dźgnąć nożem. Nie zawsze żyją z uczciwej pracy. Ale nie idą na mokrą robotę. Nie ma wśród nich płatnych morderców". Jak więc widzimy, już wówczas Jerzy Edigey przewidywał rozwój przestępczości zorganizowanej. Tymczasem rezerwował Targówek dla drobnych rzezimieszków, popełniających poważne przestępstwa tylko na bani. W innym miejscu ta myśl zostaje potwierdzona, co dobitnie utwierdza czytelnika w przekonaniu, że Targówek już dawno był krainą szczęśliwości powszechnej. "Zresztą na Targówku w ogóle nie zabijają. Najwyżej komuś spuszczą manto i w najgorszym razie »wyflekują«". Równie ważny co kryminalny jest wątek obyczajowy. Poznajemy panią Irenę, o której jeden z bohaterów powieści tak mówi: "Jeśli chodzi o miłość, to w tym związku zakochany był tylko pan inżynier. Jej chodziło wyłącznie o to, by wyrwać się z Targówka". Trzeba wspomnieć, że pani Irena była zatrudniona przy mieszalniku we wspomnianej spółdzielni. Nie było jej łatwo i sama przyznaje, że nie była święta, ale niestety skąpi się czytelnikowi bliższych szczegółów związanych z tym głębokim wyznaniem. Musi wystarczyć konstatacja - "Święte nie rodzą się na Targówku". Irena jednak wie, co dała jej trudna, nie pozbawiona przeszkód egzystencja. Zna swoją wartość. "Jestem z Targówka, więc znam życie" - z podniesionym czołem mówi do porucznika. Oto przykład: "My, dziewczyny z Targówka, zawsze umiałyśmy opatrzyć rozbity łeb brata lub założyć opatrunek, kiedy ktoś kogoś trochę drasnął nożem. To dla mnie nie pierwszyzna". Taki był Targówek w wyobraźni jednego z twórców literatury popularnej, bardzo chętnie zresztą czytanej. Z jednej strony na bakier z prawem, z drugiej posiadający swój lokalny koloryt. Gustaw Czerwiński
Jerzy Edigey, Sprawa dla jednego, Krajowa
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
© 2001 Deem Controls Inc. All rights reserved. Updated 29 January 2009
|
|